Szpital

Feeling my way through the darkness
Guided by a beating heart
I can’t tell where the journey will end
But I know where to start
They tell me I’m too young to understand
They say I’m caught up in a dream ()

Avicii, Wake Me Up (ft. Aloe Blacc)

Potężny. Ogromny. Samotny niczym latarnia morska na brzegu. Zbudowany z szarego kamienia. Widoczny z daleka. Cztery klasyczne wieże. Przypomina te średniowieczne, ale czuć, że jest starszy, dużo starszy. Kamienie nieregularne, ale widać, że dobrane starannie.
Trawa sięgająca niemal do pasa, poruszana co chwila powiewem wiatru. Ja z ciężkim mieczem na plecach, ubrany w skóry, idący w kierunku zamku. Słońce raz się pojawia, a raz zachodzi. Nigdzie nie widać ani ludzi, ani zwierząt. Tylko jezioro w oddali, ale zamek nie jest nad wodą.

– Panie Hubercie, proszę się obudzić – głos dochodzi jak z oddali. – Już po wszystkim.

Otwieram oczy. Mam sucho w gardle.

– Wszystko się udało. Lekarz jest bardzo zadowolony – kontynuuje pielęgniarka.
Ma ładny biały strój, dobrze dopasowany do jej figury. Czyni ją to całkiem seksowną. Ma ciemne przycięte włosy i tylko jedno powoduje, że się nie zakochuję. Uśmiech. Ten sztuczny, służbowy uśmiech. Wymuszony latami pracy.
Cała twarz mówi „wal się, głupi pacjencie”, ale uśmiech jest. Nie wiem, jak inni mogą tego nie widzieć. Mnie to denerwuje. No to się nie zakocham, ale to nie zmienia faktu, że przyjemnie jest obserwować spod przymrużonych oczu, jak się porusza. Tylko że ona się nie porusza. Patrzy na mnie z tym swoim uśmiechem na twarzy.

Aha, zadała mi pytanie. Nie pamiętam jakie.

– Jak się pan czuje? – pyta, jakby czytała w moich myślach.
Chciałbym zbudować jakąś wypowiedź, ale mam sucho w gardle.
– Wody – daję radę wykrztusić z siebie.
Robi nieco przestraszoną minę i podaje mi natychmiast butelkę. Wypijam trochę i zauważam, że w rękę mam wbity wenflon.

Rozglądam się. Nie znam tego miejsca. Oprócz mnie w sali jest jeszcze jedno łóżko. Nikogo na nim nie ma. Sala jest dość obszerna, z dużymi oknami. Nie widzę tego, co jest za oknem, bo leżę nogami w stronę drzwi.

Jest czysto i utrzymuje się delikatny zapach. Pewnie to te środki czystości. Zawsze już będzie mi się kojarzył ze szpitalem.

Nie ma żadnych urządzeń medycznych, no może poza basenem pod drugim łóżkiem. W drugiej części pokoju widzę drugie drzwi. Pewnie prowadzą do łazienki. O tak, muszę ją odwiedzić.
Powoli, bo nie wiem, czego się spodziewać, podnoszę się, potem spuszczam nogi z łóżka. Mam na sobie piżamę: niebieską, w białe wzory.
Staję. Pielęgniarka mnie obserwuje. Dostrzegam teraz tabliczkę przypiętą do jej piersi. Agnieszka.
Ruszam powoli do łazienki. Nie czuję się źle, nic mnie nie boli. Jest raczej tak, jakbym za długo leżał w łóżku.

W połowie drogi uderza mnie myśl. A na co ja właściwie miałem tę operację? Co ja tutaj robię, do cholery?
Spokojnie, powtarzam sobie. Na pewno za chwilę sobie przypomnę.
Łazienka ma styl nowoczesny. W domu bym takiej nie chciał, ale do szpitala pasuje idealnie. Długo sikam. Czuję się lepiej.
Nadal nie pamiętam, o co chodzi. Zapytać pielęgniarkę? Poczekam chwilę. Nie będę robił z siebie wariata.

Może przy łóżku jest tabliczka z historią choroby? To mogłoby pomóc. Długo i dokładnie myję ręce. Liczę na jakiś flashback. Nic.
Wychodzę. Przy łóżku czeka „uśmiechnięta” Agnieszka. Nie ma obrączki. Ciekawe, czy gdybym ją pokochał i mieszkalibyśmy razem, witałaby mnie tym uśmiechem. A może ona już tak kogoś wita? A może przez to, że się tyle uśmiecha w pracy, już nie potrafi naprawdę się uśmiechnąć i chodzi naburmuszona cały czas, aż przyjdzie do pracy?

Nie wiem dlaczego, ale przypomina mi się sen. To było miłe. To uczucie. Ta siła, jaką miałem. Nie, to nie była siła. To sprężystość mięśni. Czułem, że jestem gotowy na szybką reakcję. Czułem, że mogę wiele i mam cel: dotrzeć do zamku. Co to w ogóle za sen?

Na łóżku jest tabliczka choroby. Nie będę przecież przy niej przeglądał.

– Wszystko w porządku, dziękuję – przemawiam. – Trochę jestem słaby, ale nic mnie nie boli. Kiedy będę mógł coś zjeść? – Wcale nie jestem głodny, ale odpowiedź może pomóc wyjaśnić, dlaczego tutaj jestem.

– Teraz, panie Hubercie, nie, ale za jakieś dwie godziny możemy podać. To dobrze, że czuje się pan lepiej – mówi i dokłada do tego ten swój uśmiech. – Wrócę później – dodaje i odchodzi.

Gdy tylko zamyka drzwi za sobą, rzucam się w kierunku tabliczki przy łóżku jak szczerbaty na suchary. Niestety niewiele mi to daje. Jest moje imię i nazwisko, wykres temperatury i jakieś znaczki oraz kropki.

Wyglądam przez okno. Idealnie skoszony trawnik ciągnący się aż do linii drzew. Widać na nim ścieżki z białego żwiru. Robi wrażenie, jakby był przyszykowany do zdjęcia.
Kilkoro ludzi w szlafrokach siedzi na ławkach. Nikt nie spaceruje. Biała ścieżka ginie gdzieś wśród drzew. Nie widać, gdzie się kończy.
Nie wiem skąd, ale trawa kojarzy mi się z tą we śnie. Czy jakby tamtą skosić, to tak by wyglądała? Uśmiecham się sam do siebie z powodu absurdalności tej myśli.

Chyba trzeba by porozmawiać z doktorem prowadzącym. Może on będzie w stanie odpowiedzieć – Co ja tutaj robię i co to za miejsce?

Podchodzę do drzwi z szybką. Widać przez nią korytarz. Kojarzy mi się z takim z amerykańskich horrorów. Drzwi są wzdłuż korytarza po lewej i po prawej stronie. Na przeciwległej ścianie też drzwi.
Nikogo nie widać. Cisza. Kilka ławek do siedzenia przy obu ścianach i zamknięte szafki z nieznanymi specyfikami. Brakuje tylko półmroku i migającej świetlówki gdzieś pośrodku.
Chcę otworzyć drzwi. Są zamknięte. Próbuję jeszcze raz, mocniej. Ewidentnie są zamknięte. Próbuję sobie przypomnieć, czy słyszałem, jak Agnieszka o nieszczerym uśmiechu je zamyka. Nie pamiętam.
Dowlekam się do łóżka i kładę. Czuję się zmęczony, jakbym pół dnia biegał. Na chwilę przymykam oczy.

Znów jestem na drodze, zamek jest bliżej, a wśród traw widać wygnieciony przez koła ślad wozów. Poprawiam miecz, tak jakby zależało mi, żeby się szybko wysunął. Idę spokojnie, ale jestem gotowy do natychmiastowej reakcji. Nie podoba mi się ani cisza, ani brak jakichkolwiek osób w okolicy. Dlaczego jest tak nienaturalnie cicho?

– Panie Hubercie – budzi mnie miły głos Agnieszki. – Już może pan coś zjeść.

Otwieram szybko oczy, starając się udowodnić, że wcale nie spałem. Jest mi głupio, że znowu spałem. Wychodzi jeszcze gorzej. Teraz mamy do czynienia z pacjentem, który nie dość, że jest słaby i spał, to jeszcze nie umie się do tego przyznać.

Agnieszka na tacy przed sobą ma talerz pełen pysznej, najlepszej na świecie owsianki. Przynajmniej tak ją oceniam po zapachu i wyglądzie.
Patrzy na mnie, ale nie widzę w jej wzroku oceny mej postawy. Nie spodziewałem się, że właśnie to mnie zmartwi. Wolałbym, żeby była do mnie jakoś nastawiona. A tu jestem tylko kolejnym pacjentem do obsłużenia. Kolejny dzień w pracy pani Agnieszki.
Och, jakbym nie chciał, żeby moja ukochana patrzyła na mnie takim wzrokiem. Obojętność jest najgorsza. Może to tłumaczy trwanie małżeństw, gdy on pije? Można by powiedzieć, że on robi wszystko, żeby ona odeszła, a ona trwa. Trwa, bo on ją nienawidzi. Patrzy na nią ze złością, gdy wylewa mu wódę do zlewu. Nie jest obojętny, ona też. Rozpada się wszystko, gdy uda się wywołać obojętność. Gdy ona widzi, jak on się stacza, i już jej to nie rusza.

Owsianka pachnie tak, że zaczynam się zastanawiać, czy nie zjeść jej z całym talerzem. Jestem głodny jak stado wilków po stuletniej hibernacji.

Agnieszka patrzy na mnie chwilę, upewniając się, czy już nie śpię, a następnie odstawia owsiankę koło mojego łóżka.

– Smacznego.

– Przepraszam – mówię, bijąc się z myślami, jak się do niej zwracać. – Dlaczego mój pokój jest zamykany?
– Wszystkie pokoje pacjentów po tak ważnych operacjach są zamykane. To zalecenie ordynatora – odpowiada bez wahania.
Ważna operacja, też mi. To się dowiedziałem. Nie wiem, czy to dobrze, czy źle, że powiedziała „ważna operacja” zamiast „ważna osoba”.
Widzi, że nie mam więcej pytań, i odchodzi. Gdy jest przy drzwiach, a ja już mam włożyć do ust pierwszą łyżkę owsianki, odzywam się jednak:

– Czy mógłbym porozmawiać z lekarzem prowadzącym?
Odwraca się. Ładne ma te oczy. Do tego orientuję się, że ona wie, że przed chwilą bezczelnie patrzyłem na jej zgrabną pupę. Zrobiłem to nieświadomie, ale nie próbuję jej tego wytłumaczyć. Czerwienię się tylko jak dziecko przyłapane na psuciu zabawki.

– Oczywiście, przekażę – odpowiada. – Pewnie przyjdzie do pana później. – Znowu ten uśmiech. Co za kontrast: takie oczy i figura wobec tego uśmiechu.
Odchodzi, przekręcając klucz w zamku. Zaczynam zajadać owsiankę, rozmyślając, jaki może być powód zamykania pokoju. Może to szpital psychiatryczny? Nie słyszałem jednak, żeby w takim szpitalu były robione operacje. Zresztą przecież widziałem na zewnątrz ludzi. To może zamykają tylko mnie? Może to ja jestem niebezpieczny?
Przypomina mi się sen. Instynktownie rozglądam się po pokoju, ale nie widzę ani miecza, ani skórzanych ubrań. Dobrze, że lekarz prowadzący tego nie zobaczył. Już widzę siebie oczami wyobraźni. Leżę na kozetce, a psychiatra uparcie powtarza: „To proszę jeszcze raz opowiedzieć, dlaczego wydawało się panu, że obok łóżka leży miecz”.

Zjadłem całą owsiankę. Wiem, że to tylko prosta szpitalna zupa. Wiem, że za tydzień nie tknąłbym nawet łyżki. Nie ma to dla mnie znaczenia. Wylizałem nawet talerz.
Zadowolony wykonuję krótki spacer do ubikacji, potem chwilę obserwuję, co się dzieje za oknem. Ścieżki nadal puste. Panowie na ławkach zmienili delikatnie konfiguracje. Czyli to nie manekiny.
Uchylam okno. W sumie to pozytywna wiadomość, że w oknach nie ma krat i można je uchylić. To chyba jednak nie jest więzienie. Kładę się do łóżka. Poczytałbym coś. Muszę pamiętać, żeby poprosić o coś do czytania. Czuję, że zasypiam. To może złe słowo. Mam ochotę poleżeć z zamkniętymi oczami. Ciekawe, czy znowu  będzie mi się śniło to samo…

Jestem tuż przy zamku. Z bliska robi na mnie niesamowite wrażenie. Wysokie ogromne mury. Ogromne kamienie. Kamień na kamieniu, zaprawa pomiędzy nimi. Wszystko zbudowane siłą i krwią tysięcy ludzi. Nieznani geniusze bez komputerów i komórek byli w stanie zaplanować coś takiego. Zaplanować, a potem zbudować.
Wyobrażam sobie, co muszą czuć atakujący ten zamek. Jak bardzo muszą być naładowani energią, skoro wierzą, że można zdobyć tak wysokie mury. Sam widok broniących na blankach na takiej wysokości powinien wystarczyć, żeby sobie odpuścili. Każdy z nich wie, że nie wszyscy przeżyją. Za to na tych, co przeżyją, czeka nagroda. A może kara?
Ilu ludzi zginęło przez setki lat właśnie w tym miejscu? Ilu, biegnąc w kierunku zamku z okrzykiem na ustach, myślało: „tylko nie gorąca oliwa, proszę”. A po kilku minutach ginęli w straszliwych męczarniach, oblani z murów wrzącą oliwą.

Z drugiej strony doskonale rozumiem tych, którzy przeżyli. Rozumiem, dlaczego po zwycięstwie mogą balować wiele dni. W czasie bitwy nie ma miejsca na rozmyślania, wątpliwości. Świat jest prosty. Albo giniesz w męczarniach, albo przeżywasz. To takie proste. Jeśli to zrozumiesz, masz szanse. Jeśli jednak chcesz spojrzeć na wroga litościwym wzrokiem („On przecież może być moim rówieśnikiem”), jesteś już trupem. Było trzeba zostać w bibliotece, a nie do miecza się pchać.
Jeśli przeżyjesz, to świat jest twój. Nic nie może wytrącić cię z poczucia, że leży on u twych stóp. To też czas, gdzie jedyne, co rządzi, to siła. Pierwotne instynkty.

Dotykam ręką zimnych kamieni muru. Chcę poczuć, jaki on jest. Jaka jest dusza tego zamku. To tak, jakbym był muchą i siadając na słoniu, chciałbym zrozumieć jego istotę. Próbuję mimo to. Czuję zimno, ogrom i obojętność. Nie, to raczej delikatnie ukryta wrogość. Jestem tu intruzem, malutkim intruzem. Takim, dla którego nawet nie warto machnąć ogonem, żeby go odgonić.
Wyjmuję miecz. Słyszę delikatny dźwięk doskonale nasmarowanej stali wysuwającej się z pochwy. Jest idealnie wyważony, na klindze ma napisy w nieznanym mi języku. Czuję się pewniej. Patrzę na swoje ręce. To dziwne uczucie. Są moje, a jednocześnie takie inne. Mięśnie wyglądają, jakbym je napinał, pomimo że tego nie robię. Czuję siłę płynącą z całego ciała.
Przechodzę, ostrożnie stawiając nogę za nogą przez otwartą bramę. Nie ma nikogo. Tylko cisza. Krata jest uniesiona. Przechodząc, przyglądam się mechanizmowi podnoszącemu kratę. Jest nasmarowany i nie widać śladu rdzy, podobnie jak na kracie. Boję się, że to pułapka i że jak wejdę, to się zamknie. To jest strach. Zdaję sobie z niego sprawę, a jednocześnie nad nim panuję. Nic takiego się nie dzieje. Po chwili jestem w środku, a krata jest nadal uniesiona.
Dziedziniec jest dziwnie mały wobec wielkości zamku. Jestem czujny. Moje zmysły są wyczulone, a ciało przygotowane do reakcji.

Budzę się sam. Na dworze jest już ciemniej. Nie ma nigdzie zegarka, ale czuję, że zachodzi słońce. Przespałem prawie cały dzień. Wzrokiem odnajduję włącznik prądu przy drzwiach. Po chwili zbierania się w sobie jestem przy nim. Jarzeniówki rozświetlają pokój. Patrzę przez szybkę w drzwiach. Na korytarzu nic się nie zmieniło. Nikogo nie ma. Nic nie słychać. Trochę jak w moim śnie.
Właśnie. Uderza mnie świadomość, jaką zachowuję we śnie. On jest tak realistyczny. Mam wrażenie, jakbym miał możliwość sterowania samym sobą. Te odczucia. Fakt, że jak zasypiam, to go kontynuuję, jest dziwny. To wszystko jest dziwne. Nie wiem, co mi jest. Nie wiem, gdzie jestem. I do tego te sny. Patrzę na rękę, ale nie widzę żadnych sprężystych mięśni. Wychudzona, blada i do tego jeszcze z wenflonem.

Jak na życzenie w korytarzu pojawia się mężczyzna. Jest dość niski, w okularkach i białym kitlu. Obserwuję go przez szybę w drzwiach do mojego pokoju. Wchodzi na korytarz przez drzwi, które widać na przeciwległym krańcu. Zamyka je na klucz. Idzie spokojnym i opanowanym krokiem. Ja wracam do łóżka. Myślę sobie, że skoro jestem zamykany, to nie chcę wyglądać na agresora czającego się przy drzwiach. Nie kładę się, ale siadam na łóżku.

Po chwili słychać dźwięk otwieranych drzwi i pojawia się w nich lekarz z korytarza. Jest niski, ode mnie niższy i starszy, ale wysportowany. Coś musi trenować regularnie, bo jego ruchy są sprężyste, a budowa ciała, widoczna nawet pod luźnym lekarskim kitlem, świadczy o nawyku do sportu. Uśmiecha się szczerze.
– Dzień dobry, panie Hubercie, jak się pan czuje? – pyta, wyciągając rękę na przywitanie. – Jestem dr Jan Wylążek. Jestem lekarzem prowadzącym.
– Dzień dobry – odpowiadam, trochę jakby mnie ciężarówka przejechała i za długo bym leżał na asfalcie.
Uśmiecha się delikatnie.

– Panie Hubercie, przeszedł pan ciężką operację i chciałbym zadać panu kilka pytań mających na celu sprawdzenie, czy wszystko jest w porządku. Może się pan czuć niekomfortowo, odpowiadając na niektóre z nich – kontynuuje – ale proszę się tym zbytnio nie przejmować. Wszystko wytłumaczę. Czy jest pan gotowy zacząć test?
– Tak, jestem gotowy – odpowiadam trochę zaskoczony i zaniepokojony tego rodzaju wstępem, ale jeśli to ma być dla mojego zdrowia…
– To wspaniale, panie Hubercie – uśmiecha się i od razu pyta: – Który mamy teraz rok?
Ja nawet nie myślę. Po prostu takie rzeczy się wie. Jest… pusto. Cholera, nie pamiętam, który mamy rok. Spokojnie, spokojnie. Nie wariujemy.

– Spokojnie, panie Hubercie – mówi, jakby słyszał moje myśli. – Proszę się zastanowić i jeśli pan nie pamięta, proszę się nie krępować tego powiedzieć. To jest część związana z operacją. Za chwilę panu to wytłumaczę.
Patrzę na niego jak na nienormalnego. Ja nie wiem, jaki mamy rok, a on mówi, że mam mu o tym powiedzieć? Spociłem się trochę, ale do informacji na temat roku niezbyt mnie to zbliżyło.
– No dobrze, tylko spokojnie, panie Hubercie. Proszę mi powiedzieć, jaka jest pańska ulubiona drużyna piłkarska.
– Błyskawica Lublin – odpowiadam bez wahania. Jestem z siebie zadowolony.
– Bardzo dobrze – chwali mnie, jakbym zamek z klocków zbudował. – To teraz może trochę inaczej. Proszę mi powiedzieć, gdzie był pan na wakacjach w zeszłym roku. Proszę wymienić chociaż jedno miejsce.
Co za banał, myślę. Mogę mu wymienić wszystkie miejsca z wakacji. Byłem nad morzem i na Mazurach, i w górach chodziłem. Kiedyś.
Chromolonego lata poprzedniego roku po prostu nie ma w moim mózgu. Jest tam lej po bombie, jakby nalot przeleciał i całe moje wakacje zbombardował. Próbuję się uspokoić. Zaczynam kontrolować oddech. Podstarzały paker – w myślach nadałem doktorowi taką ksywkę – czeka. Chodzę sobie w tym leju po bombie i nic. Obchodzę dookoła. Schodzę. Nic. Jest tylko świadomość, że tam, gdzie jest lej, były informacje o wakacjach.

– Nie wiem – mówię prawie szeptem. – Nie wiem, gdzie byłem na wakacjach rok temu.
– Bardzo dobrze, panie Hubercie – odpowiada paker w białym kitlu. – To znaczy nie jest to oczywiście normalne, ale w tym wypadku takiego efektu się spodziewaliśmy. – Robię chyba dziwną minę, bo dość szybko dodaje: – Za chwilę panu wszystko wytłumaczę. Proszę mi jeszcze odpowiedzieć na jedno pytanie. Czy od czasu, jak się pan obudził, coś się panu śni?

Patrzę na niego chwilę. Nie wiem, czy mu zaufać. W sumie to mam jakiś wybór? Zdaję sobie sprawę, że jeśli teraz spróbuję skłamać, on to wyczuje. No nic. Walę prawdę prosto z mostu.
– Tak, mam jeden dziwny sen. Jestem wojownikiem i zbliżam się do zamku. Ilekroć zasypiam, sen jest kontynuowany. Jest bardzo realistyczny.

Doktor wstaje.

– Proszę się położyć wygodnie na łóżku, na plecach, ręce wzdłuż tułowia. – Wykonuję jego polecenie, a on kontynuuje: – Proszę się zrelaksować. Oddychamy powoli, wciągamy powietrze przez nos, a wypuszczamy ustami.
Wykonuję, co mi każe. Nawet trochę mnie to odpręża. Przechodzi na wysokość mojej głowy. Staram się go śledzić wzrokiem, ale teraz widzę tylko kawałek białego kitla i nogi.

– Proszę zamknąć oczy – mówi, a ja to wykonuję. Jest trochę jak na seansie z akupunktury, na którym byłem. Brakuje tylko brzęczącej muzyki w tle.
Nagle czuję na ustach i nosie nasączony czymś kompres. Ktoś trzyma go mocno, prawie uniemożliwiając mi oddychanie. Otwieram gwałtownie oczy i obiema rękami próbuję go zdjąć. Jednocześnie wstrzymuję oddech. Wiem, że jeśli wciągnę powietrze, to w moich płucach będzie to, co jest na kompresie. Widzę, że ręka trzymająca kompres jest w białym rękawie. Nie analizuję. Walczę o życie. Zaczynam wierzgać nogami z całych sił i rzucać całym ciałem. Ręka, która trzyma kompres na mojej twarzy, jest silna. Nie popuszcza ani na moment. Wiem, że kończy mi się powietrze. Będę musiał je wciągnąć. Słabnę. Poddaję się.
Biorę głęboki wdech. Próbuję dalej walczyć, ale ogarnia mnie błogość. Pojawia się uporczywa, przebijająca przez wszystko myśl. Po co walczyć, skoro można pospać? Obraz zaczyna mi się rozmywać i odpływam.

Powoli odzyskuję świadomość. Oczy mam zamknięte. Chyba pierwsze, co czuję, to ból głowy. Do tego mam sucho w ustach. Przypominam sobie całą sytuację. Udaję, że nadal śpię, a jednocześnie próbuję delikatnie poruszyć nogami i rękoma. Tak jak w filmach. Życie jednak to nie film, a ja nie jestem Bondem.
– Panie Hubercie, proszę otworzyć oczy. Musimy porozmawiać – słyszę znany mi głos doktora. – Jest pan przywiązany i za chwilę powiem panu dlaczego. Prosiłbym tylko o zachowanie spokoju, jeśli to możliwe w tej trudnej dla pana sytuacji.

Otwieram oczy, powoli. Boli mnie głowa. Jestem w sali szpitalnej. W tej samej, w której byłem poprzednio. Różnica jest taka, że ręce i nogi mam przymocowane pasami do łóżka. Próbuję poruszyć którąkolwiek z kończyn. Robię to gwałtownie. Głowa boli mnie jeszcze bardziej. Do tego stopnia, że za chwilę chyba zwymiotuję. Nic to nie daje. Opadam zrezygnowany na poduszkę. Jestem przywiązany do szpitalnego łóżka. Próbuję opanować nadchodzącą falę paniki. Obok łóżka stoi znany mi doktor Zrobię Ci Krzywdę-Paker. Po drugiej stronie stoi Agnieszka o Nieszczerym Uśmiechu-Będę Mu Pomagała. Bosko. A pomiędzy nimi ja.

Zaczyna doktor:

– Panie Hubercie, rozumiem, że sytuacja może być stresująca i krępująca, ale proszę mi wierzyć, że za chwilę wszystko się wyjaśni. Będzie pan wiedział, dlaczego tu jest i dlaczego tak wielu rzeczy pan nie pamięta.
Serce bije mi jak oszalałe. Leżę w nieznanym mi miejscu przywiązany pasami do łóżka, a koleś w białym kitlu wciska mi jakieś dyrdymały o uspokojeniu. To sen. To tylko sen. Zaciskam mocno oczy. Oni znikną, myślę. Chcę się obudzić. To tylko zły sen.
Otwieram oczy. Oni nadal są tam, gdzie byli. On coś mówi tym swoim kojącym głosem. Nie słucham. Chcę stąd uciec. Nie chcę mieć krępujących pasów. Gówno mnie obchodzi, że wielu rzeczy nie pamiętam. Mam tylko jedno marzenie: nie być tu, gdzie jestem.

On cały czas mówi a ja powoli zaczynam rejestrować co.
– …w ten sposób trafiliśmy na pański przypadek. Ludzki mózg jest jednym z najmniej zbadanych organów ludzkich. Kryje przed nami wiele tajemnic. Wiemy, że za fazę snu REM odpowiada część pnia mózgu zwanego mostem. Słyszał pan o tym? – pyta, ale nie czekając na odpowiedź, dodaje: – Przepraszam, zapomniałem, że nie ma pan prawa pamiętać. REM jest tą częścią snu, która odpowiada za sny, jakie pamiętamy. Tu dochodzimy do pańskiego przypadku. Nie pamięta pan, ale przychodził pan do mojego zaprzyjaźnionego psychiatry na regularne sesje. Opowiadał mu pan te swoje sny o byciu wojownikiem. Na początku traktował je z pewnym dystansem. Jednak pan co sesję dodawał coraz więcej szczegółów. Sen za każdym razem miał kontynuację. To pana męczyło. Na początku był pan zafascynowany. Wiem, że pan nic takiego nie pamięta. Za chwilę dojdziemy dlaczego.

Patrzę na niego, rzeczywiście nic nie pamiętam. Ogólnie mam w poważaniu tę jego historię, której w żaden sposób nie mogę zweryfikować. Stwierdzam jednak, że jak będę udawał zainteresowanego, to mnie puści z tych cholernych pasów. Uzna mnie za opanowanego.

– W ten sposób trafił pan do mnie. Na początku po prostu rozmawialiśmy. Pański przypadek był niesłychanie interesujący. Jestem specjalistą od mózgu, w szczególności zajmuję się częściami zwanymi pniem i śródmózgowiem. Nie wchodźmy w detale, ale powtarzalność i regularne kontynuowanie snów to było coś, co chciałem zbadać.

– Zaczął pan więc spać u nas w klinice, tak żebyśmy mogli przez noc monitorować pański mózg. Rano opowiadał nam pan te sny. Były one coraz mniej bardziej wciągające dla pana. Opowiadał nam pan o nich jak o super filmie, którego dalszej części nie może się pan doczekać. Coraz bardziej nie interesowało pana co się dzieje tutaj, ale co wydarzy się tam następnej nocy. Doszło to takiego momentu, że czekał pan cały dzień na sen, żeby dowiedzieć się, co będzie dalej. Potem było gorzej. Obawiał się pan nadchodzących snów. Przyczyna nie do końca jest znana, ale coś, co pan w nich zobaczył, zaczęło pana przerażać.
Przypomina mi się atmosfera z ostatniego snu. To wrażenie, że na zamku czai się coś nieprzyjaznego.

 

– Potem zdecydowaliśmy się na operację – lekarz zawiesił na chwilę głos. – Nie wiedzieliśmy, że skutki uboczne będą aż takie i do tego że nie uda się osiągnąć zamierzonego efektu za pierwszym razem. Takie jednak jest życie – mówiąc to, przygarbił się delikatnie, jakby czuł się trochę winny. Przysiadł na moim łóżku. Nie mam, jak go zrzucić. Opowiada dalej: – W każdym razie przeprowadziliśmy eksperymentalną operację na pańskim mózgu. Nie będę wchodził w medyczne szczegóły, powiem tylko, że wykorzystując najnowsze osiągnięcia techniki, byliśmy w stanie zaingerować w pański pień mózgu, tak żeby spróbować wyeliminować te sny. Jako skutek uboczny przestała jednak prawidłowo funkcjonować pańska pamięć. Pojawiły się zaniki, dziury i brak podstawowych informacji.

Nie udaję. Patrzę na niego z otwartymi szeroko oczami i myślę. Co ten facet próbuje mi wcisnąć? Jaka operacja? Jezus, jestem jakimś królikiem doświadczalnym? Do tego związanym? Czuję strach. Pierwotny strach. Nie jestem wolny. Jestem związany, a ten facet twierdzi, że grzebał mi w mózgu. Patrzy na mnie i mówi:
– Widzę, że pan się przeraził. Wiem, myśli pan o mnie najgorsze rzeczy. Mam jednak pewne zabezpieczenie. Pani Agnieszko – odwraca głowę w jej kierunku – proszę pokazać papiery panu Hubertowi.
Ona wyciąga z szafki obok łóżka plik dokumentów. Podsuwa mi na wysokość oczu. Nie mogę ich złapać, bo mam przywiązane ręce.
– Proszę spokojnie się zapoznać – mówi tym razem Agnieszka. – Jak widać, wszystkie są spisane przez pana odręcznie przed operacją. Przepraszam, że nie może ich pan potrzymać, ale to dla pańskiego bezpieczeństwa.
Nie mam wyboru, więc czytam.
To moja historia. Taka zwykła. Tylko nie wiem, czy prawdziwa. Gdzie mieszkam. Że nie mam nikogo. Że miałem psa, ale zdechł. Że pracuję w banku jako doradca (chyba pracowałem…). Że świadomy potencjalnych skutków chcę się poddać tej operacji. Nie chcę tych snów. Chcę być normalny. Że i tak nie mam nic wartego pamiętania.
Czytam i tak średnio to do mnie trafia. Czuję się, jakbym się upił na imprezie i nic nie pamiętał następnego dnia, a znajomi coś mi opowiadają, lecz ja nie mogę tego zweryfikować. Nie wiem, czy wciskają kit, czy rzeczywiście aż tak dobrze się bawiłem.
Uderza mnie jednak ostatnie zdanie.
„Hubert, głupio mi pisać do siebie samego, wiedząc, że jeśli to czytasz, to nie wiesz, że sam to napisałeś, ale wiedz jedno: to ja to napisałem, czyli ty. Po prostu masz przerąbane, jak zwykle”.
Chyba widzą moją minę. Tak, jestem zrezygnowany. Wiem, że sam zgodziłem się na tę całą sieczkę. Ja to napisałem. Nikt inny by tak głupio tego nie ujął. Nic tak dobrze się nie rozpoznaje jak własną głupotę. Nawet jak ci ktoś w mózgu grzebał.

Wszystko to prawda. Nie pozostaje mi nic, tylko wierzyć. Jedna rzecz się jednak nie zgadza, a właściwie to nawet dwie. Mam ten sen cały czas i wcale się w nim nie bałem. No może poza tym ostatnim.
– Panie Hubercie – przemawia konował paker, co mnie skrzywdził. – Teraz dochodzimy do sedna. Jak pan pewnie się zorientował, nie do końca wszystko poszło tak, jak bym chciał. Właściwie nie osiągnęliśmy podstawowego efektu. Nadal ma pan te sny. Do tego utrata części pamięci… – robi tutaj przerwę w wypowiedzi, patrząc mi cały czas w oczy. – Musimy to naprawić. Niestety oznacza to kolejny zabieg, po którym prawdopodobnie znów niewiele pan będzie pamiętał. Mam jednak nadzieję, że sny znikną.

Zaczynam panikować. Zaczynam się pocić. Staram się opanować i wyrazić jasno, jednak stresu jest za dużo.

– Nie zgadzam się na żaden kolejny zabieg! – krzyczę. – Jest mi dobrze tak, jak jest. Proszę mnie rozwiązać i dać wrócić do domu. Proszę o wypisanie ze szpitala na własne żądanie.
Jestem dumny z ostatniego zdania. Właściwie wypowiadam je z pełną satysfakcją, że nie będzie mógł na mnie napisać habilitacji. Niech sobie znajdzie innego szczura doświadczalnego. Nie mogą mi tego odmówić. Ha!

– Panie Hubercie – zwraca się do mnie doktor paker i patrzy na Agnieszkę, a ta pokazuje mi kolejną kartkę z moim podpisem. – To jest pana zgoda na kontynuowanie zabiegu aż do osiągnięcia sukcesu. Przykro mi to powiedzieć, ale nie może się pan wypisać. Za chwilę podamy panu środek usypiający. Jutro się pan obudzi i mam nadzieję, że będzie dobrze, choć nie będzie pan pamiętał tej rozmowy.
Serce wali mi jak oszalałe. Ja nie chcę zasypiać. Nie chcę, żeby doktor paker sadysta grzebał w moim mózgu. Próbuję szarpnąć z całej siły rękoma. Ból głowy daje o sobie znać.

Oni na mnie nie zwracają uwagi. Ona podchodzi do drzwi i otwiera oba skrzydła. On znika mi z pola widzenia, ale kiedy łóżko zaczyna się ruszać, już wiem, gdzie jest. Gdy obraca nim w kierunku drzwi, widzę przez chwilę trawnik i te białe ścieżki. Ile bym dał, żeby móc się po nich przejść w szpitalnym szlafroku.
Szarpię się cały czas. Próbuję krzyczeć, ale jestem osłabiony. Wychodzi mi tylko podniesiony głos. Odbija się echem po pustym korytarzu. Tam tylko szafki na leki i kilka ławek. Nikogo nie ma. Nic nie ma. Uświadamiam sobie, że nadal nie wiem, gdzie jestem ani jak długo.
Ile miałem już tych nieudanych zabiegów? Chcę wiedzieć. Zdaję sobie sprawę, że nawet gdybym to wiedział, to doktor mózgogrzebajło za chwilę to wykasuje. To bez sensu. Ogarnia mnie euforia – taki stan, w którym po prostu już jest wszystko jedno. Zaczynam się śmiać. Nie głośno, ale jednak. On to słyszy. Nie widzę go, ale to on pcha łóżko. Ona idzie z przodu.
– Znowu to ma. Myślisz, że to oznaka, że się nie uda? – pyta lekarz.

Ona się tylko odwraca i patrzy na niego. Przez chwilę mam wrażenie, że wiem, kto musi u niej w domu tolerować jej uśmiech.
Rozumiem też, dlaczego była obojętna. Ona mnie widziała już wielokrotnie. Ona nie chce dać po sobie znać, ale mi współczuje. Jest mi przykro, że z mojego powodu musi tak się maskować. Patrzę jej w oczy. Staram się przekazać, że wiem i że ją rozumiem.

Po chwili jest po wszystkim. Uśmiecham się cały czas. Uśmiecham się, gdy wkłada mi w wenflon kroplówkę. Uśmiecham się, gdy przykładają mi środek usypiający do twarzy.

Zasypiam z uśmiechem na twarzy.

Jestem na dziedzińcu. Nie czuję się komfortowo. Poruszam się cały czas z wyciągniętym mieczem. Centralnym miejscem na dziedzińcu jest studnia. Są tam stare, omszałe kamienie i drewniana konstrukcja do wyciągania wody. Podchodzę do niej ostrożnie. Zaglądam. Nic tam nie ma. Tafla wody nie jest widoczna. Ze studni wieje chłodem, jak zresztą od każdej. Moją uwagę przyciągają małe drewniane drzwi po prawej stronie. Są uchylone.
Podchodzę do nich ostrożnie. Cały czas lustruję wzrokiem otaczającą mnie rzeczywistość. Noga za nogą. Ostrożnie i czujnie.
Jestem przy drzwiach. Nasłuchuję chwilę. Cisza. Słychać tylko cichy bulgot. Jakby się coś gotowało. Uchylam nogą drzwi. Ze środka dolatuje niezbyt przyjemny zapach, chyba mieszanina ziół, starego człowieka i długiego braku kąpieli.
Ciemno jest. Przymykam oczy na kilkanaście sekund, a potem otwieram. Dzięki temu szybciej przyzwyczajam się do ciemności. Wchodzę.
Jestem w dość wysokim i obszernym pomieszczeniu, które ewidentnie ma nieproporcjonalnie małe drzwi w stosunku do wielkości pomieszczenia. Wszędzie pod sufitem wiszą pęki ziół. Suszą się. Niektóre muszą tu wisieć od dawna, inne są świeże. Centralne miejsce zajmuje kocioł zawieszony nad paleniskiem. To z niego dochodzi bulgot.
Podchodzę ostrożnie, rozglądając się. Skoro gotuje się, to ktoś go musiał wstawić. Nikogo nie widzę. Gdy jestem przy kotle, gdzieś za sobą słyszę głos:
– Jesteś, znów – ten, kto mówi, ma niski i chrapliwy głos człowieka, co na tej ziemi spędził niejedną wiosnę. Odwracam się gwałtownie, jednocześnie gotowy do wykonania uniku.
Gość nie wygląda groźnie. Jest bardzo stary. Po twarzy nie jestem w stanie określić, czy ma sto, czy raczej siedemdziesiąt lat. Jedynym jego uzbrojeniem jest laska, którą podpiera prawą nogę.
– Znów jesteś – powtarza. – Zawsze przychodzisz tu z wyciągniętym mieczem. Możesz schować.
Nie wiem dlaczego, ale mu ufam. Chowam miecz i patrzę, co będzie dalej.
– Czy pamiętasz swój ostatni sen?
Zaskakuje mnie to pytanie.
– Niezbyt, ale chyba strasznie się bałem – odpowiadam.

Nigdy nikomu nie mówiłem, że się boję. Czuję to w momencie, w którym to powiedziałem do starca. To dziwne uczucie.
Jestem wojownikiem. Ojciec mówił, że wojownik nie czuje strachu. A nawet jeśli, to nigdy o nim nie mówi. Strach może być wykorzystany przez twojego wroga. Wrogiem może być każdy. Nawet przyjaciel.

On podchodzi powoli do kotła. Zrywa jakieś zioło i dorzuca. Powoduje to, że z kotła zaczyna unosić się gęsty dym. Jest go dużo i szybko wypełnia to ogromne pomieszczenie. To dziwne. Taka garstka ziół, a taki efekt. Robię się senny i słaby.
– Połóż się i zaśnij. Ten ostatni raz. Wyleczymy cię z tych dręczących snów. To już ostatni raz.
Chcę zapytać, o jakie sny chodzi, jaki ostatni raz, co to za miejsce, skąd my się znamy.
O nic nie pytam, tylko zwalam się na klepisko. On zaczyna nucić dziwną pieśń. Taka jakaś monotonna.

– Panie Hubercie, proszę się obudzić – głos dochodzi jak z oddali. – Już po wszystkim. Otwieram oczy. Mam sucho w gardle.
– Wszystko się udało. Lekarz jest bardzo zadowolony – kontynuuje pielęgniarka.
Ma ładny biały strój, dobrze dopasowany do jej figury… .

KONIEC
październik 2014

 

3 komentarze do “Szpital”

  1. No więc zamiast pisac wolę z Tobą na ten temat porozmawać – mam nadzieję że niebawem wszyscy się spotkamy i zrobię Ci wykład :)))
    Z przelewaniem swoich mysli na „papier” w przeciwieństwie do Ciebie – leżę :)))) więc…pozostawie temat do wieczornych dyskusji przy cydrze :)))
    ZAJEFAJNE, REWELACYJNE CZYTAŁAM 3 RAZY I ZA KAŻDYM ZAPAMIĘTUJĘ COŚ INNEGO NOWEGO :)))

Skomentuj Kasia Anuluj pisanie odpowiedzi

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany. Wymagane pola są oznaczone *