Nie chomik, kakao

Gorąco. Nie aż tak, żeby było nieprzyjemnie, ale na granicy. Słońce prawie roztapia asfalt. „Prawie” jest tu kluczowe.
Jakbym miał czas, tobym się zatrzymał na środku przejścia przez pasy i zaczął sprawdzać butem. To już się topi czy za chwilę zacznie?
Nie. To by było podejrzane. Nie chcę znów trafić tam, gdzie już byłem. Nikt tam nie chce trafić.

Zatopiony w myślach nawet nie zauważyłem, jak przeszedłem przez pasy.
No to co robimy? – pomyślałem. Środek tygodnia, ciepło, tyle perspektyw… Knajpa, sklep z piwem, telefon do przyjaciela, rower?
Z tego jakże cudownego potoku myśli tak prostych, że aż przyjemnych, gdzie każda ścieżka prowadzi do happy endu, wyrwał mnie głos:
– Przepraszam, nie widział pan mojego chomika?
Należy przyznać, że zadający pytanie robił wrażenie. Nie dość, że ubrany był nie na taką temperaturę, to trochę jakby z innych czasów. Nie trzeba być detektywem, żeby zobaczyć znoszoną sztruksową marynarkę, trochę przydługą brodę i długo nieprzycinane włosy.
No tak, każdy powie: „Ja też kiedyś widziałem menela”. To jednak nie to. Miał na nogach współczesne tenisówki, spodnie, takie dzisiejsze, materiałowe, i co najważniejsze – nie śmierdział.
No dobra, weź się w garść – pomyślałem. Masz na imię Hubert, a przecież Hubert jest podobne do Hubal. NIE PANIKUJ.
– Przepraszam, nie dosłyszałem pytania, może pan powtórzyć? – zapytałem.
Ha! Mam go. Takiego opanowania się nie spodziewał. Martwię się tylko, że może mnie zdradzić ta zimna kropla potu spływająca po skroni.
Dlaczego zimna? Czy wypada wytrzeć ręką? Czy on to zauważy? A może zapyta, dlaczego wycieram pot ręką? A może nic nie zauważy?

– Panie Hubercie, przecież pytałem o Chominka – jego głos wyrwał mnie ze spirali prowadzącej tam, gdzie nie chciałem być.

Dobra, jedziemy. Wszystko jasne. Nawet nie poczułem, jak otarłem ręką pot.
Skoncentruj się. To jest duży chodnik. Chodnik, chomik? Chomik o skórze chodnika?
STOP. Sprawdź, czy inni też go widzą. Przecież to jest ZWYKŁY dzień.

Kątem oka zobaczyłem całkiem fajną dziewczynę. Niby tylko spodnie i luźna bluzka, ale ten model to mógłby nawet worek założyć, a i tak połowa mężczyzn na ulicy będzie śledzić ją wzrokiem.
Tyle że teraz TYLKO obserwowałem, czy ona patrzy na naszego gościa.
Nie patrzyła… Nadal nic nie wie. Ludzie ich mijają i nie zwracają uwagi. Stoją przecież na środku chodnika.
Potok myśli nadciąga niczym burza na horyzoncie. Mnogość wariantów zabija.
Może powinienem zacząć pytać? Przepraszam, czy ten pan tutaj stoi? Czy on mnie pyta o chomika? Czy on mnie pyta o chominka, czy chomika?
Olśnienie – jego tutaj nie ma! Ha, skoro tak, to mogę go po prostu zignorować. Do dzieła.
– Przepraszam, ale co to jest chomink? – zapytałem, zanim zdążyłem zadać sam sobie pytanie, co to ma wspólnego z ignorowaniem.
No to nici z planu, a był taki wspaniały. Po prostu muszę pójść dalej. Zostawić temat. Nie zwracać uwagi. Być niczym pędzący parowóz, który widzi na mijanym polu krowę.
Dlaczego zapytałem?

– Jestem Karol i szukam Chominka, bo tak ma na imię mój chomik. Zgubił się jakiś czas temu i pomyślałem, że może pan mi pomoże.
– Ale skąd zna pan moje imię? – zapytałem instynktownie, czując, że właśnie na polu bitwy oddałem strategiczny punkt.
– Ma pan na identyfikatorze przy pasku, młody człowieku.
Wystarczył jeden ruch ręką, żeby zobaczyć, że rzeczywiście, jak wał, podróżuję po Rakowieckiej z plakietką przy pasku.
No dobra, czas na działanie, kawa na ławę.
– Nie widziałem pańskiego chomika, ale z czystą przyjemnością panu pomogę – powiedziałem.

– A to wspaniale! – odparł, sięgając do torby po pęk ulotek. – Przygotowałem tutaj gotowe ulotki ze zdjęciem Chominka i danymi kontaktowymi. Gdyby był pan tak miły i pochodził trochę po okolicy, rozdał ulotki. Byłoby to pomocne.

No to wpadłem… Ale jest gorąco. Zamiast niesamowitych przygód, w stylu piwo w cieniu, będę rozdawał ulotki. Jak tu się wymiksować?

Muszę napić się wody, zyskać na czasie i wszystko przemyśleć. Coś jest nie tak.

Sięgam po wodę do mojego plecaka. Mam chwilę zawahania. Zaproponować mu? I co, będę pił po takim dziadzie?

Widzi moje zawahanie i delikatnie się uśmiecha, a może nie… Może to widzę w jego oczach? To ironia?!

Ach ty, to ja chcę tobie pomóc, a ty mi uśmieszki ślesz? Już ja ci pokażę.

Zamiast napić się wody, trochę nabuzowany sięgam ręką po ulotki. W sumie kota w worku nie będę rozdawał. Patrzę i oczom nie wierzę…

Na zdjęciu widać dużą szklankę z kakao i numer telefonu komórkowego. Obracam, może coś jest po drugiej stronie? Ale tam wita mnie biel.

Patrzę na naszego gościa i stwierdzam, że trzeba mu nadać jakiś pseudonim. Dziad? Dziadyga? Dziwak? (Dlaczego wszystko na W?). W każdym razie Dziadyga patrzy, jakby nic nie rozumiał albo jakby to było naturalne.
Słońce praży niemiłosiernie. Myślę, że teraz nie muszę już sprawdzać nogą asfaltu. On na pewno się topi. Obiecuję sobie pamiętać o tym na następnym przejściu dla pieszych.
Wody, PLEASE… Ale w ręku mam ulotki.

– Czy może pan potrzymać ulotki? – pytam. – Muszę się napić – dodaję na usprawiedliwienie.
Dziadyga przejmuje je z powrotem, a ja kontratakuję:

– Dlaczego na ulotce jest zdjęcie kakao?
Znów czuję zimny pot. Wyczuwam, że to może być ryzykowne pytanie.

– Mój Chomnik jest podobnej barwy, a nie miałem okazji zrobić mu zdjęcia – odpowiada Dziadyga tak naturalnie, jakby komentował pogodę.

Woda robi mi dobrze. Wypijam kilka sporych łyków, a Dziadyga mnie obserwuje. Ma na wpół zamknięte oczy i wygląda trochę jak nieogolony kot.
A może on zjadł tego chomika? Czy koty jedzą chomiki?

Spróbowałem sobie szybko wyobrazić ogromnego kota przyczajonego w domu, czekającego, aż chomik wyjdzie z klatki. Wizja pasuje.

Tak, nie wiem dlaczego, ale rośnie we mnie przekonanie, że on mógł go zjeść. To by wszystko tłumaczyło. Teraz męczą go wyrzuty sumienia i szuka pocieszenia na ulicy. Stąd dziwny strój. A może jeszcze popił tym kakao?

O nie, robi mi się niedobrze. Za gorąco tu jest. Muszę się ruszyć, bo będę wyglądał jak asfalt na przejściu.

Zakręcam wodę, chowam ją do plecaka i biorę od niego ulotki.
– Bardzo panu dziękuję i powodzenia życzę w życiu – mówi. – Niech na świecie będzie więcej takich jak pan.
To pojechał. Żeby on wiedział. A zresztą co to za komplement od chomikożercy?

– Dziękuję, również zdrowia życzę. – Żeby się pan nie otruł chomikiem, chciałbym jeszcze dodać, ale nie dodaję. – Porozdaję trochę tutaj, na Niepodległości.

Mój wzrok pada na ulotki, bo chcę zobaczyć, ile tego mam. Gdy podnoszę oczy, Dziadygi nie ma! Szybko obracam się, rozglądam, ale nigdzie nie mogę go znaleźć. Podbiegam do Rakowieckiej, ale też go nie widzę. Zniknął? Co jest?

Trzeci raz tego dnia oblewa mnie zimny pot. Tym razem czuję go na dłoni, która nadal zaciska nerwowo ulotki ze szklanką kakao i numerem telefonu.
Zdaję sobie sprawę, że Dziadyga nie jest na W, co powoduje, że przez chwilę w ogóle nie jest mi już gorąco. Jest zimno, nie jest to przyjemne.

No i co teraz? Do kosza? A może naprawdę zaginął mu chomik? Obiecałem, ale niezbyt czuję swoją misję. Co ja powiem tym ludziom?

„Przepraszam, zaginął Dziadydze chomik, więc jak masz ochotę na kakao, zadzwoń pod podany numer”?

Olśniewa mnie. Numer. Przecież mogę do niego zadzwonić.
Bez wahania wyjmuję telefon i wystukuję numer podany na ulotce. Słyszę sygnał. Czekam kilkanaście sekund. Nikt nie odbiera.
Ha! Wiem! To jest ukryta kamera. Za chwilę ktoś wyskoczy i wręczy mi kwiaty, a potem będę siebie z uśmiechem oglądał w telewizji.
Przymykam więc oczy, stojąc z tymi ulotkami, i czekam, aż to się wydarzy. Nic się nie wydarza. To raczej nie jest program telewizyjny. To mój prywatny horror puszczany po dwudziestej drugiej. Hubert frajer rozdaje ulotki. Tylko we wtorki około trzynastej możecie zobaczyć na żywo, jak robi z siebie głupa, wciskając ludziom ulotki z kakao i udając, że to chomik. A dał mu je Dziadyga na W.
Oczy otwieram, a przede mną stoi ona. Ta od worka…
Okazuje się jednak, że dopiero teraz je otworzyłem i nikt nie stoi. Wszyscy idą, a ja stoję.

Decyzja. Dlaczego ciągle muszę podejmować decyzje? Gdzie pójdę, co zrobię, co kupię.
Od razu przypomina mi się mama: „Co ty robisz z tym swoim życiem? Do pracy byś się wziął jak ojciec, a nie tylko zabawa w głowie”.
Zapada decyzja, bo już nie mogę o niej myśleć. Szybka, prosta i bezpieczna. Czuję, że ta prędkość i prostota to chyba z gorąca. Lepię się cały. Zaczynam zastanawiać się, czy jest możliwe, aby ubranie zrosło się ze skórą.
Widzę nadchodzącą ofiarę. Dziewczyna, taka około trzydziestki. Widać, że się nie spieszy, ale jednak podąża w konkretnym kierunku. Może na jakieś spotkanie?
Fioletowa bluzka na ramiączkach, spódnica do kolan, delikatny obcas. Pewnie na lunch pędzi.
– Przepraszam, czy może mi pani pomóc znaleźć chomika? – pytam.

Chłopak wygląda dziwnie. To przez te oczy: ładne, niebieskie, ale trochę rozbiegane.
Jakby przed chwilą widział tutaj przejeżdżający parowóz.
Ubrany normalnie jak na tę pogodę. Tylko mokry, jakby się kąpał. Do tego nerwowo ściska ulotki. Ma fajowe trampki z Batmanem. Ciekawe, gdzie kupił.
Ona mu się przez chwilę przygląda i żal jej się robi. Weźmie od niego tę ulotkę. Może szybciej pójdzie wtedy do domu?
– Bardzo byłoby miło, gdyby pani pomogła mi rozdać te ulotki – słyszy pytanie. – Chodzi o zaginionego chomika.
Jest zaskoczona, ale czuje, że nie jest to TAKA zwykła propozycja. To może być ważne.
Spieszy się, ale nie aż tak bardzo. Od dłuższego czasu już udaje, że się gdzieś spieszy. Tak na pokaz. Pracy nie ma już od dłuższego czasu. Trzeba było szanować poprzednią. Tylko ile można wytrzymać z szefem przygłupem?
– Ale o co chodzi z tym chomikiem?

KONIEC
maj 2014

Dodaj komentarz

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany. Wymagane pola są oznaczone *