Przeszłość zdąży nas dogonić, spokojnie. Ciesz się chwilą.
Autor nieznany
Krystian Kowalski. To ja. Stoję teraz tutaj i myślę, jak tu się znalazłem. Nie chodzi o to, że przyjechałem swoim sportowym BMW. Stoi za mną – wystarczy, że się obejrzę za siebie, i go widzę. Mam na myśli życiowe decyzje, które spowodowały, że jestem w tym miejscu, a nie w innym.
Nie lubię takich momentów. Przeszkadzają mi w wykonywaniu mojej pracy. Staram się, żeby było ich jak najmniej. Właśnie teraz, w ten majowy poranek, przyszedł niestety taki moment, że nic z tego. Jest to silniejsze ode mnie. Po prostu ogarnia mnie ogromna potrzeba analizy. Normalnie tak rano nie mam. Tylko dziś. Jak mnie najdzie wieczorem, to piję albo kokainę wciągnę. Nie żebym był uzależniony, ale nie ma jak dobra ścieżka na problemy z myśleniem. Ostatnio po kresce to nawet do głowy mi przyszło, że jestem tu, gdzie jestem, bo Bóg tak chciał. Fuck. Śmiałem się strasznie. Teraz jednak nie jest wieczór, a zresztą nawet gdybym chciał wciągnąć, to tutaj nie mam.
Rozmyślam więc dalej. Zaczęło się niewinnie. Jak każdy młody, gdy ktoś zaproponował pieniądze, nie odmówiłem. Gówniarz byłem i odpowiedziałem koledze na zadane pytanie: „Czemu nie, skoro można zarobić?”. To ten pierwszy raz, kiedy nie powinienem się godzić. Zrobiłem jednak inaczej i tego samego wieczora stałem na rogu, patrząc, czy ktoś nie idzie, gdy koledzy wynosili fanty ze sklepu. Nikt nie szedł – nie było policji ani przechodniów. Po prostu nikogo, a kasa była super. Na zajebistą imprezę, gdzie wszystkim stawiałem, wystarczyło. Potem był dreszczyk emocji: kradzieże samochodów. To chyba ostatnia rzecz, jaką w moim zawodzie robiłem bardziej dla adrenaliny niż dla pieniędzy. To była dopiero zabawa. Nawet raz był pościg policyjny. Polonez się gliniarzom zagrzał i uciekliśmy bez problemu. To były emocje.
Potem poznałem Kazia. Nieważne, kim był i co robił Kazio. Ważne, że tu na pewno należało powiedzieć „nie”. Dostałbym pewnie z paragrafu 278 trójkę w zawiasach i tyle. Ogarnąłbym się i życie potoczyłoby się dalej. Jednak nie zrobiłem tego. To taka rzeka, do której jak wejdziesz, to już musisz płynąć. Prąd jest zbyt ostry, żeby próbować w inną stronę albo do brzegu. Jak już wejdziesz, to ta rzeka zamienia się w ocean. Płyniesz, myślisz, że już jesteś głęboko, a za sześć miesięcy okazuje się, że dopiero teraz masz przerąbane. To trochę jak zjazd z równi pochyłej – coraz szybciej, problem tylko w tym, że w miarę nabierania prędkości równia pochyła robi się krótsza.
Zamotany przez rozmyślanie o mojej historii, stoję teraz przed domem klienta. Zadanie jest proste jak budowa cepa. Wejść, znaleźć pieniądze, jakich nabrał, i postraszyć dowolnymi środkami. Tylko dla dorosłych po dwudziestej drugiej. Takie tam klasyczne działanie w moim rejonie. Stoję więc i obserwuję dom.
Czy jestem złym człowiekiem? Fuck. Co za, kurna, poranek. Jakie myśli. Zaczynam się zastanawiać, czy jednak nie pojechać do domu po kreskę. Było trzeba nie chlać wczoraj, to bym nie miał takich myśli.
Dom mojego klienta graniczy z ładnym, białym, parterowym budynkiem. Duże okna, ciemna dachówka i komin. Okrążony jest jasnoniebieskim drewnianym płotkiem. Przyciąga wzrok. Może to ta stara drewniana ławka przed domem. Nie pasuje do takiego domu, jednak jest stąd. Brakuje na niej tylko dziadka pykającego fajeczkę albo babci szyjącej na drutach. Dom jest zadbany. Z drugiej strony widać duży drewniany taras obrośnięty jakimiś roślinami.
W domu klienta nic się nie dzieje. Żaluzje opuszczone.
Ktoś otwiera boczne drzwi tego białego domu obok. Wychodzi kobieta, pewnie już po trzydziestce. Jest zadbana. Niezła. Pranie idzie przed dom wywiesić. Geniuszem nie musiałem się wykazywać, bo po prostu niesie miskę pełną rzeczy. Jest w dresach i koszuli flanelowej. Nie powiem, trochę rusza mnie ten widok.
Patrzę na dom klienta – cisza jak makiem zasiał. Albo wyjechał, albo siedzi zestresowany w środku. W obu wypadkach czekam. Nie ma co popędzać zdarzeń. W moim zawodzie cierpliwość to podstawa.
Obserwuję ją. Coś w niej jest. Niby tylko wiesza pranie. Kurczę, lubię ten typ. Fuck.
Nie przywiązuję się emocjonalnie do kobiet w mojej pracy. Poza nią zresztą też. To nie czas na związek. Większość kobiet tańczy dla mnie za pieniądze, a ja mogę im kazać zrobić, co mi się podoba.
Czasami myślę, żeby się ustatkować i być jak rodzina Soprano. Uwielbiam ten serial. Załatwię tutaj sprawę, potem siłka i mogę się bawić. Dzisiaj niebezpieczne są te moje rozważania, więc może zostanę w domu i właśnie „Soprano” obejrzę. Uśmiecham się sam do siebie na tę myśl.
Ona kończy rozwieszać ubrania i wchodzi do domu. Zapalam papierosa. To zawsze mnie uspokaja i pozwala też odmierzyć zapasowe pięć minut na „a co innego może się wydarzyć”. Sam skręcam. Nie lubię kupowanych. Mam zawsze kilka skręconych.
Palę i tak sobie myślę, że ta zabita dechami wiocha, oddalona piaskową drogą od asfaltu, to niezłe miejsce. Lubię jeziora, a stąd, gdzie stoję, widać wyraźnie taflę. Dom jest na wzgórzu i pewnie z tyłu prowadzi ścieżka do jeziora. Ładnie tu, cicho. Daleko od miasta. Szkoda, że nie można jakoś inaczej. Tak po prostu pójść popływać i poleżeć na pomoście. Poczuć ciepło drewnianych desek. Posłuchać jeziora.
Fuck. No nic, zarabiać pieniążki trzeba. Gaszę papierosa, zagrzebując razem z nim ostatnie wkurwiające mnie myśli.
Podchodzę do frontowych drzwi i jak kulturalny człowiek naciskam dzwonek. Nie jestem kulturalny, ale na amerykańskich filmach widziałem, że ci najgroźniejsi tak robili. Żadnego zakradania się, tylko frontowe drzwi. Garniaka mi tylko brakuje, żeby być przeciwnikiem Jamesa Bonda.
Otwiera ona. Powinienem być zdziwiony, ale z premedytacją w zupełnie nieznanym sobie celu poszedłem do jej domu zamiast do klienta. Czasami tak mam z decyzjami. To jeden z tych momentów.
Zrobiło się jej gorąco, bo nie ma już koszuli flanelowej, tylko koszulkę na ramiączka, taką białą, bawełnianą. Nie sposób pominąć, że nie ma stanika. Jest na boso. Ma włosy do ramion w kolorze ciemny blond, które trochę się kręcą na końcu, i niebieskie oczy. Jest niższa ode mnie, ale to akurat nie dziwi. Niski to ja na pewno nie jestem.
Trwa to może sekundę, kiedy patrzę jej w oczy.
Po pierwsze, nie jest zdziwiona, że widzi mnie w drzwiach. Po drugie, nie jest skrępowana swoim strojem. To wszystko trochę mnie wybija z pewności siebie. W moim zawodzie takie szczegóły są ważne. Nauczyłem się, że bić może każdy, ale z sukcesem wydobyć od kogoś prawdę bez takiego podejścia już nie tak łatwo.
– Dzień dobry – mówię. – Zepsuł mi się samochód, a telefon mi padł. Czy nie byłoby problemem, gdybym skorzystał z pani telefonu?
Gdy to wypowiadam, zdaję sobie sprawę, że to jakaś mocna improwizacja. Mogła mnie widzieć, jak wieszała pranie. Ja ją przecież widziałem. Po cholerę to było? Co ja, liczę na to, że ją przelecę? Nie pasuje mi to słowo do niej.
Ja po prostu chciałbym to zrobić inaczej niż zwykle. Odrobina fantazji w pracy nie zaszkodzi. Tak to sobie tłumaczę. Tylko co ma jej dom do domu mojego klienta? Może chcę po prostu z kimś pogadać? Fuck.
– Dzień dobry – odpowiada. Ma delikatną chrypę. Niezły klimat jak na początek. – Proszę wejść. Nie ma problemu.
Odwraca się i wchodzi w głąb domu. Trochę się zaczynam pocić, bo w mojej głowie mam myśli niezwiązane z pracą. Jak ona się rusza. Nie chodzi tu o chód modelki, bo takich miałem na pęczki. Tu chodzi o naturalność. Jest atrakcyjna. Wchodzę za nią – po przedpokoju trafiam od razu do kuchni. Pełno w niej dziwnych naczyń, jakichś kolorowych kubeczków, starych, przerdzewiałych garnków przywieszanych na haczykach. Do tego wiszą centralnie jakieś zioła i inne rośliny, co się suszą. Całość trochę jak u jakiejś nowoczesnej czarownicy. Jednak jest przytulnie i dość jasno. Pośrodku stoi duży drewniany stół oraz krzesła i długa drewniana ława.
– Telefon znajdzie pan na ścianie – mówi, pokazując lewy róg kuchni.
Chwytam za słuchawkę (kto dziś ma telefon stacjonarny?), potem dla niepoznaki wyjmuję wizytówkę (poniekąd to papugi, do którego mam dzwonić, jakby co) i wykręcam fikcyjny numer. Po chwili słyszę tidu, tidu, jednak nawijam wymyśloną gadkę o uszkodzonym samochodzie. Kurczę, jara mnie to. To trochę jak w filmie szpiegowskim. Dodaję jeszcze kilka „yhm” i „tak”. Kończę klasycznym „czekam zatem”. Odkładam słuchawkę.
Co teraz? Jak zagadać? Waham się, a tymczasem zaczyna gwizdać czajnik.
– Skoro musi pan poczekać, to może napije się pan kawy? – proponuje tak naturalnym tonem, jakbym był sąsiadem. Zaczyna mnie to zastanawiać. Samotna kobieta wpuszcza do mieszkania mężczyznę, i to takiego jak ja.
Mam na sobie białą koszulkę, a jako że regularnie ćwiczę, nie sprawiam wrażenia małego, biednego, zagubionego chłopca. Nieogolony, zapuszczone włosy, kolczyk w uchu. Do tego wystaje tatuaż ogara na prawej ręce. Dobrze, że smok zajmujący prawie całe plecy nie jest widoczny. W ciemnej ulicy pewnie bym się siebie trochę bał.
– Tak, bardzo dziękuję – odpowiadam i trochę na wytłumaczenie dodaję: – Serwis będzie za jakiś czas.
Siadam przy stole i obserwuję, jak spokojnie przygotowuje kawę. Krzesło jest drewniane, ale wygodne. Siadam tak, żeby mieć widok na drzwi, którymi wszedłem. Nie pytała, ale robi sypaną kawę. Taką jak lubię, a nie te rozpuszczalne lury dla ciot.
– A co faktycznie pana sprowadza w nasze strony? Czy tylko przejazdem? – pyta, nie patrząc w moim kierunku. Pozwala mi to dokładnie przestudiować od tyłu jej figurę.
Wiedziałem, że zapyta. Mam gotową historię. W moim zawodzie to podstawa. Coś mnie jednak strasznie kusi, żeby powiedzieć prawdę. Nie lubię tego uczucia. To tak, jakbym chciał i nie chciał jednocześnie. Dobrze, że nie patrzy na mnie. Nie widzi tej mojej wewnętrznej walki.
– Do znajomego jadę, mieszka niedaleko. Jestem więc faktycznie przejazdem. Zatrzymałem się na chwilę na fajkę i już nie odpalił – opowiadam. Nawet gładko mi poszło. Ona nic nie mówi. Typ milczka?
Nadal cisza, ona dalej przygotowuje kawę. Czekam.
– A pani długo tutaj mieszka? – Trochę się namęczyłem, zanim znalazłem to neutralne pytanie. Mogło być: „Mieszkasz tutaj sama?” albo „Nie boisz się tutaj tak sama na tym odludziu?”, ale nie chcę, żeby wybiegła z wrzaskiem z własnego domu. Z drugiej strony mam wewnętrzne przekonanie, że to wcale niekoniecznie wywołałoby taką reakcję. Fuck. Ogarnij się.
Kawa gotowa. Odwraca się z dwoma kubkami i chce je postawić na stole. W tym momencie drzwi wejściowe się otwierają i staje w nich mój klient. Nie rozpoznałem go po twarzy, tylko po tym, że jest cały spocony, ma rozbiegane oczy, a w ręku trzyma pistolet.
Nie jestem typem roztrząsającym wpadki, ale fakt, że moja klamka została w samochodzie, nie wpływa pozytywnie na moje samopoczucie. Frajer, laski się zachciało.
On patrzy na mnie i już wiem, że mnie szuka. Nie wie, czy ja to ja, ale zorientował się, że ktoś do niego przyjechał. Nie wie tylko, czy ja jestem tym kimś.
Decyzję podejmuję właściwie od razu. Jej nic nie może się stać. Jakikolwiek rozwój sytuacji może spowodować, że facet strzeli, a przypadkowa kula ją trafi. Nie analizuję tego. Po prostu w tym momencie wiem, co trzeba zrobić, co jest słuszne. Zero wątpliwości. To jedyne, co może dać gwarancję, że kula jej nie trafi. Muszę go przekonać, że to właśnie jestem ja.
Wstaję i obracam się do niego. Robię minę, jakbym chciał mu zabrać ten pistolet i wsadzić w dupę. W sumie nie muszę udawać.
On nic nie mówi, tylko patrzy, a gdy robię krok w jego stronę, strzela.
Straszny huk, potem dźwięk tłuczonej o podłogę porcelany. Jednocześnie odcina mi prąd z nóg. Po prostu zwalam się jak worek ziemniaków, tyle że w zwolnionym tempie. Wiem, że lecę na ziemię. Halo, a gdzie kontrola? Padam na ziemię. Nawet nie boli. Upadłem bokiem, jak na filmach. Widzę, że on wybiega. Bardzo boli mnie w klatce. Nie mogę oddychać. Dotykam się ręką tam, gdzie czuję ból, a potem na nią patrzę. Jest cała czerwona. To moja krew. Ona się nachyla. Ma taką spokojną twarz. Dlaczego? Odlatuję.
– A ten co? – To pierwsze, co słyszę. Otwieram oczy. Czuję się, jakbym się obudził.
Jestem w eleganckiej restauracji. Biały obrus, ułożone sztućce, duża liczba różnych kielichów i szklanek. Moje są puste. Talerz też mam pusty. W tle leci delikatny jazz.
Po prawej siedzi ten, który przed chwilą mówił, ale nie wiem co – to trochę, jakbym zasnął na filmie i nagle się ocknął.
Ma granatowy garnitur, białą koszulę i taki cienki krawat jak z lat siedemdziesiątych. Twarz trzydziestolatka, ciemne kręcone włosy i strasznie niebieskie oczy. Spocony jest. To trochę irracjonalne, bo ja nie odczuwam ciepła, zimna też. Zajada ze smakiem krwisty stek. Nie do końca wiem, czy bardziej skoncentrowany jest na jedzeniu, czy na rozmówcy. Nie patrzy w moją stronę.
– Ciekawy przypadek – kontynuuje. – Niby kategoria „ratowanie życia”, ale zobacz… Przełyka, a następnie popija winem z kieliszka. Wyraźnie się rozkoszuje.
Słyszę szelest. To ten po lewej przekłada kartki przypięte do skoroszytu A4. Ma na spodzie nalepioną dużą żółtą naklejkę z uśmiechem. Jest zadbanym facetem koło sześćdziesiątki. Modny szeroki, szary krawat, kamizelka, biała koszula, krótko ostrzyżone włosy. Pewnie kobiety uważają go za przystojnego. On też nie patrzy w moją stronę.
– Uhuhu. A to ciekawe. Rzadko takie przeciwności – reaguje ten po lewej. – Swoją drogą to nieźle to sobie wizualizował. – Wodzi dookoła wzrokiem, jakby chciał wszystko pokazać.
To o mnie? Nie łapię, trochę jakbym był na jakichś prochach. Może to sen?
– Normalnie to na jakiś czas do pralni, ale to najwyższa kategoria… Może jeszcze jedna szansa? – mówi ten po prawej.
– W pralni, wiesz, mamy pełno pomniejszych kategorii. Nie wiem, czy będzie pasował do tych wszystkich „tak dobrze się zapowiadał” – odpowiada po chwili zamyślenia ten po lewej. Ma czysty talerz, popija tylko wino. I dodaje: – Teraz mamy na tapecie uzdolnionego narkomana, wrażliwego hazardzistę, niespełnionego pisarza i całą rzeszę pomniejszych klasycznych przypadków.
Cisza. Ten po lewej popija wino, ten po prawej dalej zajada się stekiem. Jestem tutaj, ale oni nie patrzą w moim kierunku. Mam wrażenie, jakbym tu był i jednocześnie jakby wcale mnie tu nie było. Pewnie mógłbym zrobić coś, żeby sprawdzić, czy tu jestem, ale mi się nie chce. Z drugiej strony stresuje mnie ta rozmowa. Trochę jakbym na godzinie szczerości był. Jakby oni wszystko wiedzieli.
– Nie nudzi cię to? – ten po lewej zaczyna z wyraźną goryczą w głosie. – Przysyłają ich, my się łudzimy, że coś można zmienić, a i tak większość zachowuje się jak barany na pastwisku. Pokażesz im słońce, unoszą głowy i już wiedzą, po co tu są, ale po chwili znów żują trawę z opuszczonymi łbami.
– Zobacz na tego – mówi ewidentnie o mnie, ale nawet palcem na mnie nie wskaże. – Dlaczego mam sądzić, że on jest inny?
Tamten kończy ostatni kawałek steka i po chwili odpowiada:
– Widziałeś, kto go wyłowił?
Ten po lewej patrzy przez chwilę na ostatnią kartę, potem na współtowarzysza i w końcu mówi:
– Dobrze, jeszcze raz. Jednak w tych samych warunkach. Zobaczymy, co zrobi.
– Farciarz – kieruje to słowo wyraźnie w moją stronę ten drugi. – Nie spitol tego. Anioła trafiłeś.
Mam ochotę coś odpowiedzieć, ale znowu czuję, że mi się nie chce. Zasypiam… A może się budzę?
Siedzę na tarasie. W rzeczywistości można by to nazwać altaną, bo jest z dala od samego domu, ale jednak dość duże, dlatego kojarzy mi się z tarasem. Siedzimy obok siebie, tak żeby widzieć jezioro. Dałbym głowę, że pijemy kawę w kubkach, które znam, ale nie wiem skąd.
– Popływamy? – pyta. Czuję się, jakbym był trochę w nieswojej skórze, a jednocześnie wiem, że tu jestem. Jezus, ale ona piękna. Patrzy na mnie tymi swoimi niebieskimi oczami, widzę w nich iskierki. Patrzę na prawo i widzę zadbany mały, biały dom. Gdzieś go widziałem.
Widzi moją trochę zdezorientowaną minę. Wstaje, siada mi bezceremonialnie na kolanach i całuje w usta. Po chwili już wiem, że to nie jest nasz pierwszy pocałunek, choć tak smakuje.
– Musisz mi mówić, co czujesz, jakie masz przeczucia. Mówiłam ci już. To ważne – szepcze mi do ucha, a ja czuję, jak pachnie. Ledwo mogę skoncentrować się na tym, co mówi.
– Chodź już popływać, później mi opowiesz – mówi, po czym wstaje z moich kolan, zdejmuje bluzkę i spodnie. Dobrze, że ma chociaż majtki kąpielowe. – Uwielbiam, jak patrzysz na nie, jakbyś widział je pierwszy raz – ciągnie dalej, widząc moją minę. – Jak mnie złapiesz, może pozwolę ci je dotknąć.
Śmieje się i zaczyna uciekać ścieżką w dół do jeziora. Niewiele myśląc, po chwili pędzę za nią. Szybka jest. Gdy wbiega na pomost, mam chwilę, żeby rozkoszować się widokiem. Ona, jezioro, las, cisza, kilka chmur na niebie. Raj na ziemi.
Deski pomostu są ciepłe. Ona już wskoczyła do wody na główkę. Po chwili moje stopy też odbijają się od pomostu. Woda daje ochłodę. Ona trochę odpływa, ale nie ucieka. Ogarnia ją chyba to samo, co mnie. Rozkosz otaczającej wody. Tak jakbyś nagle poczuł, że jesteś rybą, tylko o tym nie wiedziałeś. Płyniemy obok siebie, nic nie mówiąc. Zatrzymujemy się w jakiejś odległości od pomostu. Patrzymy na siebie, potem wokoło. Jest niesamowicie. Jednocześnie mam takie poczucie, jakbym zmazał gąbką dużą część swojej tablicy. Jakby świat zaczął się dzisiaj.
– Chodź, wracamy – mówi i zaczyna płynąć w kierunku pomostu. Po chwili obydwoje tam leżymy. Jest ciepły. Sięga ręką do wody i wyciąga piwo. Widocznie chłodziło się cały czas.
Rozkoszuję się pierwszym łykiem. Leżymy, ja podpieram się łokciem i mam problem z tym, czy obserwować ją i jej piersi, czy to, co jest dookoła.
– Miałeś wypadek – zaczyna ni stąd, ni zowąd. – Straciłeś pamięć. – Nie uśmiecha się już, patrzy w dal. – Nic nie pamiętasz z dalekiej przeszłości. Co więcej, nadal masz tak, że możesz nie pamiętać dnia poprzedniego i podstawowych rzeczy. Lekarze mówią, że to minie. Musisz próbować.
Staram się przypomnieć sobie coś, co było wczoraj, i rzeczywiście nic nie pamiętam. To nie jest miłe wrażenie. Gdzie się urodziłem? Kim byli moi rodzice?
– Jak długo to trwa? – pytam.
– Czy to ważne? Jutro zadasz to samo pytanie. To trochę jak w „Dniu Świstaka”, tyle że ty nie wiesz, a ja wiem.
Jestem w szoku po tym, co usłyszałem. Widzę, że jest trochę podłamana. Nie chcę, żeby taka była.
– Jak mam na imię? – pyta, patrząc mi w oczy.
– Ewelina? – odpowiadam zaskoczony, bo przecież wiem, jak ma na imię.
W ostatniej chwili zdążyłem odstawić piwo. Leży na mnie, całuje mnie, płacze i śmieje się jednocześnie.
– Jeszcze nigdy nie pamiętałeś mojego imienia następnego dnia. Dziś jest pierwszy dzień.
Oddaję jej radość. Nie czuję aż takiej dumy, ale wiem, że to dzięki niej mogę wyjść z tego jednego wielkiego znaku zapytania.
– Nie dogoniłeś, nie będziesz dotykał – śmieje się przy tym tak mocno oczami, że nie wiem, czy to nie większy uśmiech niż na twarzy. – No dobra, za zdany egzamin zrobimy wyjątek.
KONIEC
21 stycznia 2016