The two most important days in your life are the day when you were born and the day when you find out why.
Mark Twain
Warszawa, 18 września 2014, godzina 7:20
Kto to wymyślił? Zawsze miałem przerąbane. Władysław.
Nie mogło być Adam albo Janek? Kto nazywa swojego syna Władysław?
To jedyne, co zarzucałem moim rodzicom. Tłumaczyli, że to wspólna decyzja. Jak można było to zrobić swojemu ukochanemu synkowi? Nie dowiem się już, kto pierwszy rzucił tę myśl.
Przez całą podstawówkę: „Władek, chodź zagrać w piłkę”. Jakby jakiegoś socjalistycznego działacza wołali. Zaakceptowałem, ale zadra została.
Co to za myśli teraz? Co ma do tego wszystkiego moje imię?
To wszystko do dupy. Tyle rzeczy do zrobienia. Tyle wszystkiego… Nic z tego.
Uśmiechnął się. Najszczerszy, najczystszy uśmiech. Nikt nie widzi, ale to niepotrzebne.
Wszystko pozostanie, jak jest. Ulga.
Komu miał powiedzieć, że kocha, a nie powiedział. Tak zostanie.
Komu powiedział, a nie miał mówić, też już nie odwoła.
Miał mamie pomóc wybrać pralkę. Nic z tego.
Miał ojcu powiedzieć, że tak naprawdę nie chciał powiedzieć tego, co mu ostatnio powiedział. Dupa.
Miał jej wygarnąć wszystko, co myśli. Tak po prostu. Nie zważając na konsekwencje. Zwlekał, odkładał, czekał na okazję. Teraz ma za swoje.
Ona pewnie teraz maluje paznokcie na czerwono, leniwie spoglądając w telewizor. Nawet nie poczuje. Nawet nie zobaczy. Ciekawe, czy ona skończy malować pierwsza, czy też ja skończę pierwszy?
Po prostu zrobi smutną minę, jak się dowie. Zastanowi się przez chwilę, a potem pomyśli, że fajny kolega zginął. Może jak następnym razem będzie malowała paznokcie, to się jej przypomni.
Znów się uśmiechnął. Zabolało. Poczuł, jak coś mu wycieka z ust. To chyba krew. Ciekawe – wcale tak nie boli, jak powinno. Skąd może wiedzieć, jak powinno?
Janek z roboty. Nie powinien krzyczeć na Janka. To nie była jego wina. Taki ma charakter. Nie wie o tym. Ta moja ciągła potrzeba zmiany świata.
Dochodzi to do niego. Umiera.
To nie jest film. Nie przyjedzie żadne pogotowie ani nie pojawi się superman leczący oczami. Wschodniego mistrza uzdrowienia też nie widać. Wie, że to koniec.
Jakiś koleś coś do niego mówi. Ma przerażoną minę. Coś usiłuje zrobić. Tylko żeby nie próbował metody usta-usta…
Znów się uśmiecha – tak sam do siebie. Nie opuszcza go poczucie humoru. To dobrze czy źle?
Ciekawe, czy to kierowca, który go potrącił, czy też ktoś przypadkowy. Nawet nie ma pretensji. Co się stało, i tak się nie odstanie. Przebaczył mu, nawet nie wie kiedy. Widać, tak było pisane.
Koleś przykrywa go kurtką. Dobrze, że nie kładzie jej na głowę. Jeszcze żyję… Przez chwilę.
Dlaczego akurat ja? Nie było kogo wybrać? Czy to, do cholery, jakieś losowanie? Tylu ludzi. Setki, tysiące przechodzą na tym skrzyżowaniu. Właśnie on. Trafiony, zatopiony. Gratulujemy wygranej!
Teraz sobie przypomniał. Dziennie w Polsce w wypadkach ginie piętnaście osób. O proszę. Czyż znalezienie się w tej piętnastce to nie zaszczyt? Ciekawe, który dziś jest. Biorąc pod uwagę, że jest rano, to może w pierwszej dziesiątce.
Znowu uśmiech. Nawet tak bardzo nie boli.
Najbardziej boli go ona. Oddałby wszystko, żeby tylko na nią spojrzeć. Zakochał się.
A może po prostu ją kocha? A gdzie jest różnica? Gdzie jest granica?
W dupie ma te wszystkie dywagacje. Chce, żeby ona tu była. Obok niego. Żeby go przytuliła i złapała za rękę. Gdyby tu była, wiedziałby, co jej powiedzieć.
Ale jej nie ma. Już jej nie będzie. A dokładnie rzecz biorąc, jego nie będzie. Żadnego happy endu. Chuj bombki strzelił.
Ma ochotę powiedzieć: kurwa. Nie takie zwykłe, ale z tym całym ładunkiem polskości i gniewu. Ta nieprzetłumaczalna siła w słowie. Gdy je słyszysz i wiesz, kiedy ono znaczy tak wiele, a kiedy jest po prostu przerywnikiem w zdaniu. Nieproporcjonalna siła wyrazu wobec długości słowa.
Umierasz. Weź pomyśl o czymś ważnym – gani sam siebie. – Chcesz, żeby cię zapamiętali, jak mówisz: kurwa?
Chciałby, żeby ona tu była. Strasznie chciałby ją zobaczyć. Spojrzeć jej w oczy. Tak się upewnić. Odejść potem w spokoju.
Co za bzdury. Nie ma żadnego „odejść w spokoju”. Było trzeba się orientować i działać. Będzie go to męczyć do końca. Już to wie.
Ciekawe, co jest po drugiej stronie. Nicość? Wielkie bóstwo, które na niego czeka?
Już niedługo się przekona. Cholera, nie przypomina sobie, żeby jakieś ofiary składał. Będzie przerąbane, jeśli to bóstwo.
Znowu uśmiech. Ten, co się kręci wokół mnie, zaczyna patrzeć na mnie podejrzliwie.
Czuję strach. Nie chcę. Młody jestem. Chcę żyć. Chcę dostać szansę. To niesprawiedliwe. Ludzie są wredni, źli i amoralni. Piją, biją dzieci i kobiety, kradną, są szujami całe życie – a potem dożywają dziewięćdziesięciu lat. Ja nawet do trzydziestki nie dobiłem. Nie kradnę, nie biję i szują nie jestem. Tak nie powinno być. To nie fair. Na którym formularzu można złożyć reklamację?
Dlaczego? Coś źle zrobiłem?
No dobrze, może w kościele mnie za często nie widzieli, ale żeby tak od razu do piachu?
Może teraz czas na modlitwę? Tę ostatnią. Szukam myślami gorączkowo: „Ojcze nasz, któryś jest w niebie…”. Przerywam. To nie pasuje. Nie działa. Nie czuję tego. Jeśli to prawda, będę miał przerąbane, ale nie będę nagle zmieniał kursu tylko dlatego, że jest źle.
Nie wiem, czy tam jesteś, ale nie zamierzam się kajać. Co robiłem, to robiłem. Tyle. Niczego nie żałuję. No prawie niczego. No może większości żałuję. Jeśli jesteś tam, to widziałeś – nie będę teraz wymieniał. Zresztą jeśli jesteś, to pogadamy za chwilę. Będziemy mieli dużo czasu.
Jeśli to tak jest, że każdy sobie może wymyślać okoliczności do rozmowy, to ja proszę kanapę. Taką wygodną, a obok na stoliku dobre wino z mało znanej winnicy.
Tak żeby można było długo siedzieć i rozmawiać. Niech to będzie nad wodą, nad jeziorem, z widokiem na jakąś piękną wyspę. Tylko bez motorówek. Pogadamy wtedy o wszystkim i o wszystkich. Szczegóły dogramy na miejscu. Tylko proszę, żeby pogoda była taka do siedzenia na zewnątrz.
Zaczyna mu się robić zimno. To chyba objaw, że już czas. Nadchodzi.
Może on też będzie tym egzemplarzem, co widzi światełko w tunelu? W sumie to pozytywne. Ma przynajmniej czas na jakieś przemyślenia. Są tacy, co przechodząc przez ulicę, zdążą tylko obrócić głowę, zanim zapadnie wieczna ciemność.
Leży na plecach i widzi ptaka latającego wysoko. Ludzie go nie widzą, bo kto w dużym mieście spogląda w górę? Krąży i wygląda pięknie i dostojnie. Tylko żeby na mnie nie narobił. Te absurdalne myśli potrafią zepsuć nawet taki fajny moment.
Ciekawe, co by powiedziała, gdyby jej tak wygarnął.
Byłoby jak na filmach: „Ja ciebie też” albo „Słuchaj, rozumiem, ale to nie jest dobry pomysł”, ewentualnie „Wiesz, ale ja chłopców nie lubię”. Zdaje sobie sprawę, że cały czas uśmiecha się do własnych myśli.
Pojawia się dwóch w czerwonych strojach. Jednak pogotowie. „Możecie dać sobie spokój, panowie. Nic z tego nie będzie”. Chyba im to powie. Nie chce mu się otwierać ust.
Oni się krzątają, podpinają mu kroplówkę do ręki, otulają folią, a potem podnoszą, żeby przenieść na nosze. Powiedzieć, że boli, to nic nie powiedzieć. To eksplozja bólu. Potem jest już tylko ciemność.
Mazgaj – to pierwsze, co słyszę. Powoli uchylam powieki. Jest bardzo jasno, aż mnie oczy bolą od tego.
Zamykam, a potem otwieram je jeszcze raz. Ciężko uwierzyć. Powoli przyzwyczajam wzrok.
Siedzę na tej kanapie, którą sobie wyobraziłem. Taka szara, dwuosobowa. Przede mną stolik – ten sam, który sobie wyobraziłem. Taki biały, prosty, z IKEA. Podobnie jak kanapa. Dlaczego meble są z IKEA, nie mam pojęcia. Na razie to mnie nie zastanawia.
Na stoliku stoją dwa kieliszki wypełnione winem. Od razu wiem, że wino ma odpowiednią temperaturę. Do tego talerz przekąsek. Wyglądają smakowicie i są położone na rukoli skropionej oliwą. Najbardziej mam ochotę na faszerowane jajko. Ni stąd, ni zowąd ta jednoznacznie kojarząca mi się ze świętami wielkanocnymi potrawa kusi mnie strasznie. Z drugiej strony greckie tzatziki też wygląda smakowicie. Zdaję sobie sprawę, że tu są moje wszystkie ulubione przekąski.
Naprzeciwko mnie siedzi facet. Na takiej samej kanapie jak ja. Siedzi wygodnie, a nawet lepiej: jest rozwalony na niej, jakby była jego.
Ma zielone bojówki i wysokie czarne sznurowane buty. Do tego podkoszulek – szary, z białym napisem „Walić to” i jakimś symbolem pod spodem, jakby go ktoś ściągnął z muru graffiti. Ma brodę, taką przynajmniej kilkutygodniową, i niebieskie oczy. Do tego jest kompletnie łysy. Strzelam, że ma około czterdziestu lat, ale ciężko ocenić. Może też być pod pięćdziesiątkę i być po prostu zadbanym gościem.
Patrzy na mnie trochę z ironią, trochę oczekująco, ale jest tak rozwalony na tej kanapie, że ciężko to nazwać oczekiwaniem – raczej kompletnym olaniem tematu.
– Po pierwsze to nie jest sen – mówi. – No widzisz, pierwsze zdanie i od razu nieścisłość.
To drugie zdanie mówi trochę bardziej do siebie. Jakby miał przygotowaną przemowę i ona znów nie wyszła.
Dochodzi do mnie, że nic nie widzę na horyzoncie. Nasze kanapy i stolik są położone na ciągnącym się w nieskończoność śniegu. Takim jak to na filmach przyrodniczych można zobaczyć na Arktyce. Czekam tylko, kiedy niedźwiedź polarny przebiegnie w oddali.
Tyle że nie jest mi zimno. Czuję wręcz ciepło w głowę.
– Widzę, że niezbyt mnie słuchasz na razie, więc zróbmy tak: porozglądasz się, a potem obiecaj mi, że najpierw ja powiem, co mam do powiedzenia, a następnie ty będziesz zadawał pytania.
Kiwam głową na znak, że rozumiem, i przyglądam się tej pokrywie śnieżnej. To nie jest równa płaszczyzna. W ogóle nie widać nigdzie lodu. Cały teren jest pofałdowany, takie małe górki, jakby stworzone dla dzieci do zabawy w chowanego.
To, co z tyłu tak ładnie mnie grzeje, to słońce. Idealnie niebieskie niebo, nigdzie nie widać chmur, tylko to słońce. Innych elementów nie zauważam. Śnieg, niebo, słońce i my z tymi dwoma kanapami oraz stolikiem.
Przypatruję się sobie: jestem ubrany tak jak w czasie wypadku. Nie widać jednak żadnych zadrapań czy śladów na ubraniu. Czuję się dobrze.
Już chcę zapytać, ale przypominam sobie umowę. Gość z naprzeciwka widzi przez chwilę efekt ryby. Otwieram usta, a potem je zamykam.
Spoglądam pod nogi i dotykam ręką śniegu. Zastanawia mnie, dlaczego nie jest zimny. Moja ręka wpada w ten biały puch. To wcale nie jest śnieg. Bardziej przypomina watę, tylko się nie przylepia do rąk.
To jest jakiś gaz. To przypomina… chmury.
Nie zważając na irracjonalność tej myśli, odgarniam ręką to coś. I jestem w szoku. Widzę pod nami Ziemię. Tak jak z samolotu. Pola, rzeka i jakieś miasto. Wszystko takie małe, że chciałoby się sięgnąć ręką i przestawić domki na makiecie.
Różnica jest tylko taka, że jak podnoszę wzrok, to zamiast fotela pasażera czy też uśmiechniętej stewardesy widzę stolik z winem, a przy nim kolesia. Brodatego, na dodatek z tym wyrazem ignorancji na twarzy. Przygląda mi się z miną człowieka, który już to widział i wie, ale jednocześnie jego oczy wyrażają szacunek dla tego, co przeżywam.
Te oczy mają taką mądrość.
Olśniewa mnie: jestem w niebie, dosłownie. Umarłem. Pytania suną z prędkością światła. Umówiłem się, umowa rzecz święta. Patrzę na gościa naprzeciwko. Jestem gotowy go wysłuchać. Boję się tylko, żeby mi te wszystkie pytania nie uciekły.
On wyczuwa moją gotowość.
– Władek – zaczyna – tak na dzień dobry to chcę cię trochę uspokoić. Nie umarłeś. Chciałem z tobą porozmawiać na spokojnie. Stąd ta sceneria. To nie jest też sen, bo to się dzieje naprawdę. Widzisz, tę część najtrudniej jest pojąć. Nie umarłeś, nie śpisz. Pewnie się zastanawiasz, co to jest?
– Czy ty jesteś aniołem i dlaczego mam to samo ubranie co w czasie wypadku? – pytam.
W momencie, gdy kończę zdanie, zdaję sobie sprawę z dość prymitywnego zlepku treści.
Jeśli odpowie, że jest, to wyjdę na głupa z tym ubraniem. Jakie znaczenie dla anioła ma strój rozmówcy?
Jeśli odpowie, że nie jest, to raczej powinienem drążyć temat, kim jest, niż dopytywać się o ubranie.
– Władziu, ja cię proszę – odpowiada – nie urągaj swojej inteligencji. Uśmiecha się przy tym szelmowsko i podnosi się, żeby dolać sobie wina. Nie zarejestrowałem, żeby je pił…
– Spróbuj, zamówiłeś naprawdę przednie – dodaje i zaprasza mnie gestem dłoni.
No dobra, jak tak jest, to się bawimy. Bez wahania wypijam duszkiem cały kieliszek. Miało wyjść spokojnie, wygląda jednak, że się denerwuję. Wino jest wyśmienite i smakuje dokładnie tak, jak powinno smakować wino pite duszkiem.
Mimika gościa nie zdradza żadnych negatywnych emocji. Też wypija swoje wino na raz. Jego nastawienie powoduje, że mu bardziej ufam.
W sumie powiedział, że to nie sen, ale tu wszystko jest jak we śnie. Mogę jednak siebie w pełni kontrolować. Dla sprawdzenia podnoszę nogę i wącham buta. Śmierdzi zupełnie tak jak zwykły trampek.
– Słuchaj, to powiem ci, jak jest – przemawia do mnie cały czas rozwalony na kanapie. – Robimy z chłopakami czasami takie numery. Tak dla wsparcia. Niestety po tych wszystkich wcześniejszych jedni ludzie jakieś książki zaczęli pisać, inni założyli własne religie. Chaos się wkradł. Dlatego od razu mogę ci powiedzieć, że nic nie będziesz pamiętał. Tak żebyś był spokojny. Wiem, wiem. Za chwilę powiesz, że z tobą będzie inaczej. Daruj sobie.
Rules are rules.
Uśmiecham się. Gdyby nie otoczenie, to bym go uznał za niegroźnego psychola. Jednak warunki, w jakich się znalazłem, powodują, że słucham go z dość dużą uwagą. Cały czas dla zabawy spuszczam lewą rękę z kanapy i łapię trochę chmur. Pozwalam im przechodzić przez palce.
Przestaję uważać na to, co mówi, i zerkam niżej, czy nie ma jakichś samochodów albo samolotów widocznych pomiędzy chmurami.
– Posłuchaj mnie, proszę – mówi – bo przechodzę do sedna. Chodzi o nią. To dlatego tu jesteś. – Na chwilę zawiesza głos i dodaje: – Nie możesz się poddawać, musisz walczyć.
Nie mogę ci obiecać, że coś z tego wyjdzie. To może być najgorsze twoje rozczarowanie.
Przestałem łapać chmury. Patrzę na niego i zastanawiam się, czy to nie dzieje się w mojej głowie.
– Wiesz – kontynuuje, a mi przypomina się polonistka, która mawiała, że zdania od „wiesz” się nie zaczyna – ale to może potoczyć się zupełnie inaczej. To może być kobieta twojego życia. Chciałem ci tylko powiedzieć, żebyś walczył i że nie będzie łatwo.
– Czy to się dzieje tylko w mojej głowie? Czy jestem w jakiejś śpiączce w szpitalu? Skąd wiesz o niej? Dlaczego nazwałeś mnie mazgajem? – zasypuję go pytaniami.
Patrzy na mnie, tak mądrze, i mówi:
– Słuchaj, tak, jesteś w śpiączce. Tak, jesteś w szpitalu. Tak, to jest w twojej głowie. Nazwałem cię mazgajem, bo jesteś mazgaj. Do roboty się bierz, a nie się mażesz na chodniku, tak że aż musieliśmy cię wezwać.
Patrzę na niego trochę zszokowany, bo nie takich odpowiedzi się spodziewałem. W sumie to nie wiem jakich, ale na pewno nie takich.
– Władek, Władek – skoro i tak nie będziesz pamiętał, to ci to wyłożę. To trochę jak z totolotkiem. Jest dużo ludzi, a właśnie ty zostałeś wylosowany. Wiesz, taki szczęśliwy numerek. No i jesteś tutaj. To nie było proste, ale jesteś. Skoncentruj się więc na tym, co najważniejsze: ONA.
– Moment – mówię – po co mam się koncentrować, skoro i tak nic nie będę pamiętał?
– Od razu nic… Po co tak kategorycznie? – Puszcza do mnie oko, jakbyśmy jakimiś przyjaciółmi byli. – Wrażenia zawsze zostają – wyjaśnia i znienacka dodaje: – Słuchaj, musimy kończyć, bo masz jeszcze jedno spotkanie. Zjedz, napijmy się, a poza tym ja też muszę już lecieć.
To „lecieć” trochę mi się skojarzyło z tym, co widzę dokoła. Ja mam mieć spotkanie? Co on mi tu wciska? Nagle olśniewa mnie myśl.
– Przepraszam, czy mogę to spotkanie zakończyć tak, jak mi się chce?
Patrzy na mnie i przez chwilę ma taką minę, jakby czytał w moich myślach. Uśmiecha się i odpowiada:
– Tak, jak chcesz.
Ja już wiem. Wypijam jeszcze jeden kieliszek duszkiem, zagryzam pomidorkiem z mozzarellą i jestem gotowy. Wziąłbym butelkę na wynos.
– Mogę wziąć butelkę na wynos?
– Proszę, nie krępuj się.
Zdejmuję buty, a potem staję na skraju kanapy, skierowany do jej środka. Patrzę na niego. Po chwili ściągam jeszcze skarpetki. Jakoś nie pasują do planu.
– Na razie – żegnam się i dopiero po chwili zdaję sobie sprawę, że chyba już się nie spotkamy. A nawet gdyby, ja nic nie będę pamiętał. Przynajmniej on tak twierdzi.
– Trzymaj się. I pamiętaj – wybór należy do ciebie. I weź wino. – Znów to mrugnięcie okiem na koniec.
Biorę rozbieg na długość kanapy i skaczę bez żadnego wahania „na bombę” prosto w chmury. Wprowadziłem jedną modyfikację do klasycznej „bomby”. Trzymam w ręku butelkę z winem. Przez chwilę spadam z oszałamiającą prędkością. Potem puszczam nogi i kieruję się głową w dół. Zdaję sobie sprawę, że to nie jest realne. Tutaj, w powietrzu, mogę robić, co zechcę. Zaczynam kręcić fikołki, potem układam się jak do skoku na główkę.
Przyspieszam, przeleciałem już przez chmury i lecę prosto na Ziemię. Jest ona z każdym ułamkiem sekundy bliżej. Nawet nie wiem, kiedy wypuściłem butelkę. Szkoda. Euforię zaczyna zastępować coraz to bardziej natrętne pytanie: „Jak to wyłączyć?”.
Próbuję ułożyć ciało w poprzek, tak jak widziałem to w filmach o skoczkach spadochronowych. Nie za bardzo jednak mi to wychodzi.
Gdy nie jest już przyjemnie, a ja zaczynam rozpoznawać detale przybliżających się z szaloną prędkością budynków, zapada ciemność.
– No obudź się – słyszę głos. Dochodzi też do mnie dźwięk aparatury medycznej. Takiej jak na filmach. Gdy trzeba pokazać, że ktoś umiera, to zawsze jest zbliżenie na wykres – są regularne skoki, a potem linia ciągła. Nie ma zbliżenia, słychać tylko regularne bip, bip. Przerwa, a potem znowu: bip, bip.
Otwieram ostrożnie oczy. Jestem w sali szpitalnej. Leżę. Do ręki mam podłączoną kroplówkę, a ten dźwięk, który przed chwilą słyszałem, pochodzi od aparatury obok łóżka. Boję się przekręcić na bok, żeby nie wywołać bólu. Rozglądam się więc, tylko poruszając oczami.
Przy moim łóżku siedzi koleś. Ma słuchawki w uszach i wyraźnie podryguje w rytm muzyki. Z tego, co słyszę półuchem, to jakieś dobre metalowe brzmienia. Nigdy nie był to mój klimat, ale potrafię docenić. Ma to niezłą energię.
Nic mnie nie boli, aczkolwiek przeraża mnie fakt, że jestem w łóżku szpitalnym. Poruszam delikatnie nogami i rękoma. Nie odczuwam bólu, co sprawia mi ulgę. Decyduję się więc na powolne zwrócenie głowy w kierunku mojego gościa (a może to ja jestem tutaj gościem?).
Ma krótkie włosy, takie na jeża, młodą twarz, na której dobrze widać kości policzkowe. Typ żołnierza. Nie musisz wiedzieć, że to jego zawód. Nawet bez munduru wygląda, jakby był żołnierzem. Te słuchawki i muzyka trochę nie pasują. Gdy tak patrzę na niego, muzyka zamiera, a on wyjmuje słuchawki z uszu. Nie widzę jego rąk. Ma dżinsy i czarną koszulkę z symbolem jakiegoś metalowego zespołu.
– Władek… Mogę tak do ciebie mówić? – Nie czeka na potwierdzenie i kontynuuje: – Lepiej teraz nic nie mów. Miałeś ciężki wypadek i mówienie byłoby niewskazane. Na razie ja będę mówił.
Uśmiecha się całą twarzą. Tylko nie oczami. One są takie bez wyrazu. Boję się jego oczu. Odwracam wzrok, udając, że chcę się jeszcze rozejrzeć, a on ciągnie dalej:
– Widzisz, u mnie wszystko zgodnie z prawdą. Żadnych chmur ani wymysłów. Prawda wygląda tak: był wypadek i było źle, ale teraz już jest lepiej i wyjdziesz z tego. Cieszysz się? Tylko nie odpowiadaj, proszę. – Uśmiecha się znów, ale chyba tylko dlatego, że własny żart mu się spodobał. – Mogę owijać w bawełnę jak tamten, ale nie będę. Słuchaj, ty jesteś człowiek rozumu, nie? – Nie czeka na moją odpowiedź, tylko mówi dalej: – To ja ci przedstawię ofertę. Taką, że może ci się wydać, że to podpucha, ale tak nie jest. Do przeczytania ci jej nie dam, ale możesz mi wierzyć na słowo, że wiele mogę. – Teraz ten jego uśmiech wydaje mi się taki trochę złowrogi.
– Słuchałeś Ministry, Psalm 69? – Wkurza mnie trochę, że nie czeka na odpowiedzi, ale widać, tak ma się ten monolog toczyć. – Musisz koniecznie. Czysta energia. Jak to mówią: stare, ale jare. Układ więc proponuję taki: ona będzie twoja. Ja wiem, wiem. Nie rób takich dużych oczu. Za chwilę wyjdziesz z szoku. Spokojnie.
Słyszę dźwięk maszyny. To chyba ta, co monitoruje akcję serca. Wyraźnie przyspieszyła. Skąd on o niej wie? Czego on ode mnie chce? Chce mi się pić.
Jakby to usłyszał i zwilża mi usta mokrą gazą. Skąd ją wziął i skąd wiedział, że tego potrzebuję?
– Pielęgniarka mi to poleciła, gdybyś się obudził – odpowiada na niezadane pytanie. – My obaj wiemy, że nie miałeś się obudzić. – Puszcza do mnie oko i z powrotem siada na krześle.
– Układ jest taki. – Robi chwilę przerwy. – Ona jest twoja, ale nie tak jak lalka. Całą sobą. Kocha cię do upadłego. Całe życie. To już twoja sprawa, co z tym zrobisz. O wszystko możesz się martwić. O to jedno nie. Masz jej miłość. Pewnie myślisz sobie, że nie mógłbyś żyć z myślą, że tak ją zdobyłeś. Spokojnie, o to też zadbałem. Nie będziesz pamiętał naszej rozmowy. Podobnie zresztą jak tej poprzedniej.
Przerywa i patrzy na mnie. Nie uśmiecha się, jakby sprawdzał, czy coś pamiętam.
Tak, pamiętam kanapy z IKEA i lot przez chmury. Pamiętam każdy szczegół. Pamiętam też, co sobie postanowiłem. Zanim jednak na moją twarz zdąży wpełznąć uśmiech zwycięstwa, on zaczyna mówić.
– Myślisz pewnie: będę walczył, jestem silny, zdobędę ją. Widzisz, my widzieliśmy już niejednego takiego wojownika… Załóżmy, że ci się uda. Masz to, co chciałeś. Jesteś najszczęśliwszym człowiekiem na Ziemi. Ona jest z tobą. Jest błogo. Idziemy dalej: zamieszkaliście razem. Jest fajnie. – Robi tu przerwę, patrzy na mnie, po czym mówi: –Bez urazy, ale widziałeś się chyba w lustrze. Laski raczej nie rozkładają przed tobą dywanów, że nie powiem o innych rzeczach. Z taką twarzą to raczej możesz robić za sparingpartnera w MMA.
Czy nie będzie cię niepokoiło, gdy zacznie dłużej zostawać w pracy? A może po powrotach z tych częstych podróży służbowych ona zawsze będzie zbyt zmęczona, żeby robić te rzeczy, o których ty marzyłeś podczas jej nieobecności? Czy nie zaczniesz zastanawiać się, co ona w tobie widzi?
Może pomyślisz: to przecież normalne, że czasami jest zmęczona. Aż wreszcie zauważysz, że jak daje ci buzi, to trochę tak jak kolegom, tyle że w usta? Wiesz, o czym mówię?
A jak stracisz pracę i to ona będzie zarabiać? To tylko przykłady.
Teraz pomyśl, że nie będziesz musiał się o to wszystko martwić. Powiesz „tak” i po prostu tego nie będzie. Ona będzie zawsze twoja.
Władek, wiem, że to teraz nie twoja wizja – kontynuuje – ale pomyśl, że ona będzie twoja, nawet jak będziesz robił inne brzydkie rzeczy z innymi. Nie patrz tak na mnie, każdemu może się zdarzyć jakieś potknięcie po pijaku. – Znowu do mnie mruga. – Jak zostaniesz alkoholikiem albo zamkną cię w więzieniu, też będzie z tobą.
Czas nam się kończy – mówi dalej – ale pamiętaj, Władek, ja chcę dla ciebie dobrze. Pomyśl, to proste: całe życie, a rozliczamy się pod koniec. I tak masz to w dupie na ten moment, nie? Do końca jeszcze daleko. Nie chcę, żebyś pomyślał, że namawiam cię do złego. To uczciwa transakcja. Coś za coś. Jak w handlu. Tylko umowy nie spiszemy. Jesteśmy przecież dżentelmenami. – Znowu mruga do mnie tym okiem. Podpatrzył to na jakimś filmie czy co?
– Kiedy muszę się zdecydować? – odzywam się ostrożnie, ale mój głos, o dziwo, brzmi normalnie.
– Nie będę owijał w bawełnę: masz niewiele czasu. W sumie to on już minął. Dla ciebie mogę zrobić delikatny wyjątek. Tak pomiędzy nami, to niezbyt wiem, nad czym się zastanawiasz. Przecież ta propozycja od tego pajaca – wymawia ostatnie słowo z wyraźną wzgardą – to nawet nie jest nic konkretnego.
Czuję się źle, jak facet po operacji podłączony do kroplówki. Co tu się, do cholery, dzieje? Po pierwsze, to nie żadna ONA, tylko Zosia. Przepraszam, telefon do przyjaciela proszę.
Najbardziej mnie wkurwia, że to, co on mówi, trafia do mnie. Ma rację.
Skoro jest okazja coś zarobić, to dlaczego nie? Jestem jednak mądrzejszy niż kiedyś. Obejrzałem dużo amerykańskich filmów. Tego rodzaju propozycje mają jakiś haczyk. Zawsze.
W racjonalnym rozpatrywaniu tego tematu pomaga mi fakt, że przyjąłem jedno założenie. Skoro nie będę pamiętał, to mogę robić różne dziwne rzeczy. Takie, które nie mają konsekwencji. Patrzę na kolesia. Przypominam sobie tego poprzedniego. Nie lubię, jak ktoś się wtrąca. Co to w ogóle za gadka o Zośce. To jakaś osoba publiczna jest? Towar na wyprzedaży? Walczyć, dostać, być, kochać, zazdrościć, złościć. Od kiedy to jest dostępne na aukcji?
Niech się odwalą ode mnie. Mogę robić, co chcę. Mogę całe życie już nawet nie zagadać do Zośki. Fajna babka jest, to prawda, ale co, mało takich? Miliony kobiet są na świecie. Poboli, poboli i kogoś innego znajdę. Nie jest jakaś wyjątkowa. To na rozsądek trzeba brać.
Gówno, gówno, gówno. Sam się oszukuję. Zosia jest jedyna. Czuję to całym sobą. Wiem to. Mam w dupie te ich wszystkie porady i targi. Zosia nie będzie żadnym produktem. Będzie tym, kim będzie. Idę do niej i jej to wszystko w cztery oczy powiem. Nieudolnie, ale powiem. Czuję, jakby mi kamień z serca spadł. Takie postanowienie zawsze buduje. To w sumie nie jest postanowienie. JA TO PO PROSTU ZROBIĘ.
Muszę się stąd wyrwać. Patrzę na mojego gościa. On nic nie mówi, tylko patrzy. Ja znam już zasady. O nic nie pytam. On rozumie, kiwa mi głową, dając znak. Sięgam ręką i zwalniam blokady łóżka szpitalnego. Nie wiem, czy tego tak bardzo chcę, czy też jest inna przyczyna, ale łóżko zaczyna zjeżdżać w kierunku przeciwległej ściany. Zdążam wyciągnąć kroplówkę. Łóżko nabiera rozpędu. Ja chcę, żeby ono nabierało rozpędu. Gdy jestem już blisko ściany, dokładnie wiem, co się wydarzy. Łóżko razem ze mną przebija ścianę i wylatuje na zewnątrz. Jest huk, pył i dużo cegieł. Łóżko nie zwalnia, jedzie dalej. Okazuje się, że za ścianą jest tor. Powiedziałbym: tor saneczkowy, tyle że on jest dostosowany do wymiaru łóżka szpitalnego. Moje wskakuje idealnie. Nie mam już kółek, a łyżwy. Zaczynam czuć wiatr we włosach. Tor jest dziwny, pochylony do przodu, przez co moje łóżko cały czas nabiera rozpędu. Górna platforma toru jest odsłonięta. Niczego tam nie ma, taka betonowa pustynia z widocznymi gdzieniegdzie włazami.
Wokół widzę same przeszklone biurowce. Wszystko odbija się w szybach. Jadąc, mam dość dobry widok na to, co jest ponad torem. Zanim się na dobre orientuję, mam w ręku rozparty na stojaku karabin maszynowy. Taki klasyczny, jak z drugiej wojny światowej. Już wiem, do czego będę strzelał. Poprawiam pozycję na półleżącą i zaczynam strzelać do pojawiających się Gremlinów. Jest cudownie. Jadę coraz szybciej. Strzelam celnie i bez stresu. Małe ciałka Gremlinów odskakują niczym piłeczki i toczą się po asfalcie. Zawsze chciałem je załatwić.
Jest wspaniale, lecz nagle czuję, że coś jest nie tak. Jakbym stracił nad czymś kontrolę. Igły Gremlinów zaczynają wbijać mi się w ciało. W ułamku sekundy widzę, że tor się urywa. W następnej chwili lecę w dół. Obok mnie karabin, a pode mną łóżko. Spadam. Patrzę w dół. Widzę wystające pręty jakiejś żelbetonowej konstrukcji. Próbuję przejąć kontrolę. Przecież to nie jest sen. Ja tu rządzę.
Nic z tego nie wychodzi. Spadam na wystające pręty. Niestety tuż przed uderzeniem nie zapada ciemność. Czuję, jak przebijają mi ciało. Ból jest niewyobrażalny.
Ostatnia myśl: skoro nie będę pamiętał, to dlaczego tak boli? Zapada ciemność.
Warszawa, 18 września 2014, godzina 7:40
Budzi ją budzik. Pora do pracy. Przeciąga się ospale i tak sobie myśli, że szkoda, że nie ma nikogo obok niej. A konkretnie jego. Tak żeby taka zaspana mogła się przytulić do jego piersi. Tak żeby mógł leniwie powiedzieć: „Kochanie, już czas”.
Nie wiadomo by było, czy to już czas do pracy, czy na przytulanie…
Odrzuca tę wizję, uświadamia sobie, że nie ma czasu na rozmyślania. Druga połowa łóżka jest pusta. Tak to już bywa. Jest kobietą. Co ma zrobić? Podejść do niego i zapytać? Przestać podążać za marzeniem i wpuścić do sypialni ten cały tłum śliniących się na jej widok samców? Jeszcze nie, nadzieja umiera ostatnia.
Na początku myślała, że to jasne. Potem, że może jest po prostu nieśmiały. Teraz to już nie wie. To się chyba nazywa „początki depresji”. Może po prostu nie jest dla niego wystarczająco atrakcyjna?
A może to tak, że chcemy tych, których nie możemy mieć, a nie dostrzegamy tych, co chcą nas mieć, tak jak my chcemy innych?
Patrzy w lustro po wyjściu spod prysznica. Mogłoby być lepiej. Przytyła w pupie czy tylko jej się wydaje?
Kurczę, znowu dieta. Żadnego jedzenia po osiemnastej. Żadnych wyjątków. Od dziś. Na pewno.
W kuchni szklanka soku, jabłko i banan. W międzyczasie puszcza radio. Szybki rzut oka na paznokcie – całkiem nieźle jej wyszły wieczorem. Fajny ten czerwony.
Z radia bełkot jak zwykle. Czy oni wszyscy rano coś biorą?
Witajcie, drodzy, pora wstawać. Mamy dziś ładny, bezchmurny dzień. Cieszmy się, kochani, bo do weekendu już niedaleko. Tak, tak, ale zanim do niego dotrwacie, trzeba dojechać do pracy. My wam pomożemy. A oto i podpowiedzi. Rondo pod palemką zablokowane. Dla tych, co nie kojarzą, chodzi oczywiście o rondo de Gaulle’a. Rano niestety potrącono tam pieszego na pasach. Podobno policja już zabezpiecza miejsce zdarzenia. Na szczęście poszkodowany przeżył…
Wyłącza radio. Nie ma ochoty na kronikę wypadków o poranku. Kończy posiłek. Ostatnie podejście do lustra. Widzi odbicie zadbanej kobiety udającej się do pracy. To lubi w sobie. Umie te domowe smrody ukryć pod makijażem i odpowiednim ubiorem. Sobie się podoba. Taka seksowna, a zarazem elegancka. Jakby ona siebie spotkała, toby się nie wahała.
Ciekawe, czy dziś też do niej zagada.
Wkurza ją czasami ten podział. To ona musi czekać. Zapytana, czy chciałaby królewicza z bajki, odpowie bez wahania, że nie. Po co mi ładnie wyglądający fagas? Czym ładniej wygląda, tym pewnie bardziej zadufany w sobie i mniej ma w głowie. Tak podpowiada jej doświadczenie. Kilku takich, co by się na okładki pism nadawali, próbowało się koło niej zakręcić. Kończyło się dość szybko. Pięknie było razem iść do knajpy, zjeść posiłek, kilka razy wybrali się nawet razem na imprezę. Ludzie wokół spoglądali, ich wzrok mówił: „wspaniała para”, „jacy oni dobrze dobrani”, „zazdroszczę jej tego przystojniaczka”, „ale dupa, no tak, tylko taki mógł ją wyrwać”.
Ciało przeminie, umysł nie. Umysł też się już raczej nie rozwinie. Zostanie więc taki mały, a ona będzie kolejnym trofeum. Jakby było można, toby ją zawiesił na ścianie jak poroże z polowania. Tak żeby koledzy przychodzili i pytali: „Ooo, ładny okaz – sam upolowałeś czy dostałeś w prezencie?”.
Żadnych schematów, była otwarta. Przecież ładny nie zawsze oznacza głupi. A jednak. Reguła potwierdzona przez wyjątki.
Może to tak nie jest? Może ma za wysokie mniemanie o sobie? Może w głowie jej się poprzewracało? Powinna brać pierwszego lepszego, popatrzeć na jego mocne strony. Każdy ma takie. Potem wpadka i już byłoby czym się zająć. Mieliby dziecko. Jego można zawsze zmienić. Dziecko byłoby jej.
Nie chce tak. Chce prawdziwego uczucia. Takiego, o które się nie prosi. Takiego, którego się człowiek nie spodziewa. Takiego, które przychodzi wtedy, gdy nie masz na nie czasu ani miejsca. Nawet nie zdążysz się zastanowić skąd i jak.
Siedzi już rozłożone u ciebie na kanapie, a ty nic zrobić nie możesz. Niektórzy chodzą potem po takim swoim wewnętrznym domu i udają, że pacjenta nie ma.
Po prostu nigdy nie kładą się na kanapie. Przecież zajęta. Jak można nie kłaść się na własnej kanapie przez całe życie? Tego nie da się ominąć. Z czasem możesz zacząć nawet zagadywać, ale wyrzucić nie ma siły.
Jak coś zalega ci na twojej kanapie, to musisz coś z tym zrobić. Najlepiej nie wgłębiać się za bardzo. Po prostu zaakceptować. Nie wszystko musisz od razu wiedzieć. Nie wszystko musi być rozkładalne na czynniki pierwsze. Tak jest. Kanapa zajęta. Albo się przysiądziesz, albo nie będziesz siedział.
Zanim się zorientowała, już była w pracy. Taki dzień jak co dzień. Zabiegana nawet nie zauważyła, że go nie ma. Myślała, że widocznie robi coś ważnego.
Potem się dowiedziała. Przypadkiem. Taka pleciuga, jak żywcem wyjęta z bazaru, plotkowała innej, że podobno wypadek był i jego dłużej nie będzie.
Nie lubi tej pleciugi, teraz naprawdę jej nie lubi.
Warszawa, 18 maja 2015, godzina 16:20
Jest tak, jak powinno być w maju. Grzeje słońce i z każdą minutą wspomnienie zimy staje coraz bardziej mgliste. Dziś wstała tak pełna pozytywnej energii, że mogłaby ją sprzedawać. Takie wewnętrzne przeczucie, że zdarzy się coś fajnego. Niekoniecznie dużego albo znaczącego, ale jednak fajnego.
Jak w taki dzień prawie do każdego się nie uśmiechnąć?
Jak się człowiek uśmiecha, to ludzie oddają mu ten uśmiech. Energia zaczyna przepływać. Już w połowie drogi wiedziała, że dziś świat należy do niej. Może jutro będzie inaczej, ale dziś to jest to. Trochę tak, jakby to był pierwszy dzień na Ziemi.
Mijana Wisła z okien autobusu była dziś taka piękna. Wysiadła pod Rotundą, aby przejść do metra. Tam zawsze jest tłum ludzi.
Niejeden facet zwrócił na nią uwagę. Czasami ubiera się tak od niechcenia i taki strój jest znacznie bardziej pociągający, niż gdyby miała obcisłą spódniczkę mini i body.
Nie do końca jest w stanie rozgryźć facetów z tymi ich gustami. Z drugiej strony to zależy od rodzaju. Taki zwierzęcy typ lubi wszystko obcisłe. Może rozmowa z nim nie będzie zbyt udana, za to seks może być cudowny. Do tego fajnie jest pokazać się z takim na mieście. Mięśnie zwykle ma na swoim miejscu.
Typ inteligenta lubi wszystko luźne. Właściwie nie wiadomo, co lubi, bo o tym nie mówi. Tylko o obejrzanych sztukach, filmach, filozofii itp. Nudne to czasami. Idealny na gadaną imprezę u znajomych. Na disco będzie ciężko. Możesz zatopić się w rozmowie, ale jak już trzeba wyczuć moment na pocałunek, to najlepiej, żeby miał suflera cały czas za sobą. Mógłby mu podpowiedzieć kiedy.
A jaki ona typ lubi? Rozgląda się, idąc w kierunku metra. O ten, tylko bez tej brody. I ten może być, ale tylko może.
Podczas tej myślowej zabawy i uśmiechów do „może być” albo „OK, tylko bez tego” słyszy nagle znajomy głos:
– Zosia? – Jeszcze do niej nie dociera, do kogo on należy.
Odwraca i się widzi nikogo innego jak Władka.
Tego Władka, którego nie było od miesięcy w pracy.
Tego Władka, o którym udało jej się już nie myśleć od kilku miesięcy.
Tego Władysława. Nie innego.
To jak ogromny wybuch bomby we wnętrzu. Mury, jakie zbudowała przez te wszystkie dni, są już nieprzydatne. On tak działał. Teraz też tak działa.
Ma zielony podkoszulek z rysunkiem ogromnej pomarańczowej palmy, czarne sztruksy i niebieskie trampki. Włosy mu urosły, teraz sięgają za uszy, do tego ma kilkudniowy zarost. Jedno wygląda jak dawniej. Oczy. Takie zielone, a może szare. Można godzinami się w nie wpatrywać i zgadywać kolor. Delikatnie się uśmiecha i patrzy na nią wyczekująco.
Pamięta to jak dziś. Wszystko pamięta. Najpierw był szok. Potem były próby dotarcia do szpitala. Jakieś ochłapy informacji. Jest lepiej, jest gorzej, wyjdzie z tego. Potem był szok, gdy usłyszała, że nie chce nikogo widzieć z pracy. Kiedyś nawet tam pojechała. W sekrecie przed innymi. Było strasznie. Widziała tam jego mamę przy łóżku. Nie chciała przeszkadzać. Był podłączony do jakichś maszyn i leżał nieruchomo. Był blady. Jakby go tam nie było. Jakby pozostało tylko opakowanie. To było straszne.
Uciekła. Gdy wróciła po kilku tygodniach, już go nie było.
Udał się do sanatorium na rehabilitację. Napisała mu kilka SMS-ów. Nigdy nie odpowiedział.
Najpierw tęskniła, potem miała wyrzuty sumienia, a w końcu była zła. Zła na siebie, na sytuację, na niego. Żyć trzeba dalej. Zbudowała więc mury. Gdzieś w międzyczasie dowiedziała się, że nie wróci szybko do pracy. Przestała o nim myśleć. Próbowała kilka razy z innymi kolesiami. Ma swoje potrzeby i nie wahała się ich zaspokoić. Nie jest zakonnicą. Jednak nie opuszczało ją uczucie, że to puste. Trochę tak, jakby można było tylko polizać ciastko.
Warszawa, 18 maja 2015, godzina 16:20
Na początku nie było prawie nic. Dostawał silne środki przeciwbólowe. Egzystencja ograniczała się do potrzeb fizjologicznych, które i tak załatwiał bez wychodzenia z łóżka. Codzienny widok mamy, który po dość krótkim czasie zaczął go denerwować. Na szczęście z pracy tylko raz odwiedził go szef. Tak oficjalnie. Dostał jakąś kartkę z życzeniami powrotu do zdrowia od wszystkich współpracowników i kwiaty. Skojarzyły mu się z tymi, jakie zabiera się na pogrzeb. Dobrze, że to nie wieniec. Wiedział, że za miesiąc już o nim nie będą pamiętać.
Pamiętał swoje myśli, gdy leżał na asfalcie. Dziwne, ale teraz nie czuł żadnej radości z ocalenia. Pożegnał się przecież wtedy z życiem. Czy to tak powinno działać? Co więcej, z każdym dniem przeleżanym w łóżku, gdzie jedyną rozrywką jest nadchodzący odcinek głupawego serialu, było coraz gorzej.
Najpierw chciał jej wszystko powiedzieć, ale nie był w stanie. Z dnia na dzień malał jego zapał. Utwierdzał się w przekonaniu, że nie jest jej wart. Nie chciał, żeby marnowała swoje życie dla kaleki. Miał czasami nadzieję, że go odwiedzi. Nie zrobiła tego. Wegetował, ciesząc się szpitalnymi rozrywkami.
Potem było sanatorium i rehabilitacja. Długa i żmudna. Najcięższa była ta psychiczna. Zdecydował się otworzyć przed psychologiem, może dlatego, że wyglądał trochę jak jego tata. To już inna historia. Teraz jest tu. Jest już dobrze. Wspomnienia choroby są coraz bardziej odległe.
Wysiadł z metra i idzie w kierunku Dworca Śródmieście. Jest przyjemnie. To w końcu maj.
Rozkoszuje się każdym oddechem. Od kiedy wyszedł z tego całego ciągu leczenia, nadal jeszcze pamięta, jak to jest nie móc tak sobie wyjść. Tłum ludzi mija go. Jemu się nie spieszy. Wtedy ją zobaczył. U szczytu schodów.
Ciemnobrązowe włosy sięgające do ramion, czarna podkoszulka na ramiączka i biały top. To wszystko delikatnie podkreślało jej pełne piersi. Do tego nie za obcisłe dżinsowe spodnie i trampki. Ona, Zosia, z tymi swoimi szarymi oczami.
Głupek. Myślał, że to można zignorować, zapomnieć, zakrzyczeć. Jest w takim szoku, że pozwala, żeby go minęła po drugiej stronie schodów. Ma taką szczęśliwą twarz. Emanuje pozytywną energią.
– Zosia? – pyta, chociaż wie. Ona się obraca i patrzy. Przez chwilę jest w szoku. Potem się do niego uśmiecha.
– Wypijesz ze mną kawę? – pyta tak od razu, bez żadnych wstępów, pustych przelotów, gadki szmatki.
W sumie to pyta, czy będzie z nim już na zawsze. Jeśli powie „tak”, to nie wypuści jej ani na chwilę. Choćby była na drugim końcu świata. Będzie jego. Może jej nie widzieć czterdzieści lat. To nic nie zmieni.
Może być z innymi. Tu nie chodzi o fizyczne posiadanie. Tu nie chodzi o zagrabienie kogoś dla siebie. Chodzi o to, co pamięta z asfaltu. Ona jest jedyna. Każda chwila z nią jest jak tysiąc z kimkolwiek innym.
Urodził się tylko po to, żeby tu być i dostać odpowiedź na to pytanie.
Patrzą sobie w oczy i nic nie mówią. On zauważa u niej czerwone paznokcie.
Ona już się tak nie uśmiecha.
Są przy Dworcu Śródmieście. Betonowa okolica i pędzący tłum ludzi. Turyści, studenci, uczniowie, jedni idą na pociąg, inni z pociągu, jeszcze inni spieszą się do metra lub z niego wychodzą.
Oni nigdzie nie idą.
– Tak – odpowiada Zosia. – Czemu nie.
Słońce grzeje, jest delikatny wietrzyk. Tak jak powinno być w maju.
KONIEC
grudzień 2014
Uważa się, że przeciętny człowiek wykorzystuje 10% intelektu. Myślę, iż statystyka w Twoim przypadku jest niesprawiedliwa – zaniżona ; ). Bardzo mi się podobało. Nie wiem skąd czerpiesz inspiracje do opowiadań, w każdym razie póki co nie zmieniaj tego :))