Jeszcze godzina.
To nie jest fajna pogoda. Fajną pogodą nazywamy taką, o której nie za wiele można powiedzieć. Spotykasz znajomego, a on mówi tuż po przywitaniu: „Niesamowita dziś ta pogoda”.
Gdybym dziś spotkał znajomego, ledwo bym chyba usłyszał „cześć”.
Zacina deszcz – raz mocniej, raz słabiej. Właściwie to „słabiej” jest chyba tylko w mojej głowie. To „słabiej” jest wtedy, kiedy schowałeś się na chwilę przed deszczem, a potem wychodzisz z przypadkowej bramy albo spod daszku (który i tak dawał gówniane schronienie), myśląc, że teraz pada mniej. Nic bardziej mylnego.
Wiatr – zimny, nieprzyjemny, zawsze w twarz. Jak wiatr wieje w plecy, to człowiek o tym nie myśli. Jak wieje w twarz, to zawsze poświęci się temu chwilę.
Wiatr unosi liście. Te same liście w słoneczną pogodę kojarzą się z cudowną jesienią. Leżą w parkach, a ludzie spacerują i mówią do siebie: „Jaka wspaniała ta jesień”.
Teraz są mokre, zgniłe i walają się po chodnikach. Nikt nic nie mówi. Prawie. Jedyne, co można wyczytać z ruchu warg w obserwowanym oknie: „Ale psia pogoda”.
Budynek naprzeciwko jest szary, ma małe okna i wygląda dokładnie tak, jak powinien wyglądać budynek urzędu. Nikt nie otwiera okien, nie wywiesza prania, nie pali na balkonie. Choćby był cały zamieszkały przez braci Boba Marleya, w taką pogodę nic by się tu nie wydarzyło. On zawsze wygląda na opuszczony. Gdyby ktoś miał nakręcić film o ponurym, opustoszałym gmachu, ten byłby idealny.
Uśmiecham się. Zobaczyłem oczami wyobraźni ten budynek obsadzony braćmi Marleya.
Jeszcze pięćdziesiąt minut.
Kiedyś tam byłem. Ludzie w środku wyglądają tak jak ten budynek. Zagadką jest, czy to budynek jest taki, bo tacy są tam ludzie, czy też to ludzie są tacy, bo w takim budynku pracują.
Zamiast czerwonej tabliczki przy wejściu powinna być czarna: „Centralny punkt rzeczy najbardziej ponurych na świecie”.
Ciekawe, czy jak go wybudowali, to tętnił życiem. W nowym budynku zawsze coś musi się dziać. Czy ludzie przychodzili do pracy z uśmiechem na twarzy? Czy byli dumni, że pracują w nowym budynku? Czy on sam też był z siebie dumny? Czy stał się ponury z dnia na dzień? Czy to proces, który postępował krok po kroku?
Szkoda, że nie można zobaczyć nagrania, takiego dzień po dniu z tej samej pory. Albo jednego zdjęcia z każdego dnia. Czy wtedy można by to zobaczyć? Może właśnie w taki psi dzień jak dziś to się stało?
Widać drzewa, ale nie takie piękne i ogromne jak w lesie.
Nie takie, że gdy podniesiesz wzrok, to czujesz się mały, taki mały w ogromnym lesie.
Nie takie, o których wiesz, że rosły, gdy twój prapradziadek myślał różne niegrzeczne rzeczy o twojej praprababci, może właśnie w lesie.
Nie takie, o których, jak pomyślisz, że ktoś mógłby je wyciąć, ciśnie ci się na język: debil.
Te drzewa są pojedyncze, otoczone chodnikiem i „wspaniałą” kostką Bauma.
Nie przypominają TYCH drzew. To trochę jak zwierzęta w zoo. Coś mają w oczach.
Coś jest w liściach i korze. To widać i czuć.
Dobrze przynajmniej, że ktoś ich nie przesadził z lasu, to nie wiedzą, jak to jest w nim rosnąć.
Jeszcze czterdzieści minut.
Jest chodnik, a przy nim ścieżka rowerowa. Rowerzyści pędzą. Większość nawet nie spojrzy w moim kierunku. Jest jeden. Zawsze rano przejeżdża i patrzy na mnie.
Ja jestem rano. On też jeździ rano. To ułamek sekundy. On zawsze poświęca mi chwilę uwagi. Można by powiedzieć, że jest pomiędzy nami więź. On mnie szuka wzrokiem, a ja oczekuję, że on przejedzie rano. Nawet się nie uśmiechamy. Tak tylko patrzymy chwilę.
Ciekawe, czy on też tak to czuje, czy to mój wymysł.
Po chodniku chodzą ludzie. Część z nich wcale nie przypomina ludzi. Ubrani w garnitury suną gdzieś z komórkami przy uchu. Nie widzą mnie. W sumie jakbym wyskoczył na chodnik z pękiem czerwonych balonów, też by mnie nie zobaczyli. Ominęliby mnie łukiem, nawet nie przerywając rozmowy.
Mamy z dziećmi, młodzież wracająca bądź idąca do szkół, kloszardzi. Każdy gdzieś idzie tym chodnikiem.
Nie na każdego zwracam uwagę. Czasami jestem zamyślony i patrzę, nic nie widząc.
Jeszcze trzydzieści minut.
Często myślę o pustelnikach. Oni mają jeszcze inaczej. Nic się nie zmienia na ich horyzoncie. Nie pojawiają się ludzie, rowery. Nic się nie zmienia. Czasami myślę, że to musi być trudne i jednocześnie łatwiejsze. Trudne, bo jak długo możesz wytrzymać bez zmiany? Czy jak jej chcesz, to zaczynasz chodzić wokół własnej chatki?
Z drugiej strony mam tak czasami, że oni wszyscy mnie rozpraszają. Jakby ich nie było, wymyśliłbym coś naprawdę wielkiego. Czasami jestem blisko. Mam końcówkę sznurka. Trzymam ją delikatnie, w niewygodnej pozycji, dwoma palcami. To taki moment, jak przewlekasz coś przez dziurkę – próbujesz chwycić z drugiej strony i wydaje ci się, że to już.
Przypadkowe pytanie, osoba, samochód. I nic. Nic nie wymyśliłeś.
Czasami próbuję gonić te myśli. Marszczę wtedy czoło. Nic to jednak nie daje.
Czy jest sens wymyślać, skoro nie możesz się tym z nikim podzielić?
Jeszcze dwadzieścia minut.
Psia pogoda. Dlaczego psia, a nie kocia albo królicza?
Jestem mokry. Jestem przygotowany na taką pogodę. Dobrze zabezpieczony. To przecież nie pierwszy taki dzień. Płaszcz dobrze mnie chroni, ubranie mam suche. Pomimo to nie czuję się dobrze, bo jestem cały mokry na zewnątrz. Chciałbym być suchy.
Najbardziej lubię wrzesień. On jest taki w sam raz. Szczególnie koniec. Ani za gorąco, ani za zimno. I do tego rzadko pada.
Samochody jadą po jezdni. Nie można się tutaj zatrzymywać, więc się nie zatrzymują. Jadą. Czerwone, żółte, czarne, kiedyś nawet widziałem różowy. Niemieckie, amerykańskie, czeskie, koreańskie, nieznane. W każdym człowiek. Człowiek ze swoją historią. Człowiek znający jakichś ludzi. Oni znają kolejnych ludzi.
Chciałbym kiedyś zatrzymać czas. Tak jak jest w danej chwili. Wtedy można by zrobić taką ogromną mapę połączeń. Połączeń ludzkich. Wziąć każdego z tych „zatrzymanych” ludzi, przeskanować ich mózg i wydobyć wszystkie kontakty. Zrobić takiego facebooka chwili. Ciekawe, jak dużo z nich, tych jadących w samochodach czy też idących po chodniku, zna się wzajemnie. Może mają wspólnego znajomego? Może są rodziną? Może się już spotkali, tylko nie pamiętają? Może ich ojcowie pobili się w podstawówce, a do mamy tamtej pani startował tata tego pana w garniturze?
Jeszcze dziesięć minut.
Czas płynie. Tak samo dla wszystkich. Dla mnie i dla frajerów w garniturach. Dla mam z dziećmi i staruszków. Tylko nasze postrzeganie się zmienia. Czas płynie nieubłaganie.
Teraz jestem zadowolony. Lubię, gdy upływ czasu przybliża mnie do czegoś fajnego. Szkoda tylko, że nie mogę go zatrzymać, gdy mam już to coś.
– Cześć – słyszę. Kazik już przyszedł. Wreszcie mogę sobie iść. Jeszcze chwila rozmowy z kolegą i mogę zejść. Ostatni rzut oka na otaczającą rzeczywistość. Budynek, chodnik, drzewa i ścieżka rowerowa. Wszystko na miejscu.
Mogę wrócić do domu. Jestem cały mokry i zmęczony. Schodzę z posterunku.
Teraz Kazik popilnuje samochodów na parkingu. Ja jadę do domu spać. To był ciężki dzień.
KONIEC
wrzesień 2014