Drabina

Niewyraźny. Trochę zamazany. Chciałoby się przetrzeć okulary. Tylko że ja nie noszę okularów. Mrużę oczy i staram się złapać ostrość. Nie za bardzo mi to idzie. Nadal obraz jest nieostry. Kolejnym krokiem może być podejście bliżej, ale już się nie da. Jak to zrobić, gdy dzieli nas sześciopasmowa jezdnia? Widzę więc to, co widzę, i jednocześnie nie widzę tego, czego nie widzę.

On ma na ramieniu drabinę. Starą, obdrapaną, pochlapaną farbą, drewnianą drabinę. Jest duża, taka, jaką trzeba mieć, gdy ma się naprawdę wysokie mieszkanie albo od dziada pradziada nie było się w sklepie, żeby kupić aluminiową. Można też mieć taką, jeśli się zakłada, że nie kupuje się nic, dopóki stare się nie zniszczy.

Drabina jak drabina, ale on do tego ma na sobie nienaganny czarny garnitur. Twarzy ani innych szczegółów nie jestem w stanie dojrzeć. Patrzę więc, a on idzie po drugiej stronie ulicy, jakby niósł aktówkę. Tyle że na ramieniu ma drabinę. Jestem sfrustrowany, że nie mam dobrego wzroku albo wszczepionej w siatkówkę oka lornetki.

Czarny garnitur zatrzymuje się i rozstawia drabinę na środku chodnika. Wyraźnie celebruje ruchy. Stoję jak zaczarowany. Pędzące samochody, a w nich spieszący się dokądś kierowcy. Nikt tego nie zauważa. Mijają mnie ludzie i patrzą na mnie raczej zdziwieni. Nie spieszy się? Co się tak głupek zatrzymał na środku? Sprzedaje coś? Leżak będzie rozkładał?

Po drugiej stronie ulicy sytuacja ma się zgoła inaczej. Ciężko nie zauważyć człowieka w garniturze z obdrapaną drabiną. Nie zatrzymują się jednak, raczej zwalniają. W większości ich wzrok poszukuje kamery. Jakie logo? Gdzie będę mógł siebie zobaczyć?

To na pewno jakiś program telewizyjny. Nic nie widzą. Ostatni promyk nadziei w tym, że może ukryta kamera. Rozczarowani biegną gdzieś dalej. Część może nawet opowie kolegom i koleżankom w pracy o drewnianej drabinie. Część nawet nie będzie tego pamiętać.

Wkurwia mnie, że niewiele widzę. Chciałbym się przyjrzeć. Nie mam szans na dobiegnięcie do świateł. Do tego boję się, że ominie mnie coś ważnego. Stoję nadal i próbuję ujrzeć jak najwięcej.

Koleś wchodzi na sam szczyt drabiny. Robi to ostrożnie, krok po kroku. Drabina nawet się nie zachwieje.
Niczego innego bym się nie spodziewał po solidnej drewnianej drabinie.

Jest już na szczycie. Ostatni krok i stoi dwoma nogami na przedostatnim schodku po dwóch stronach drabiny. Na jego twarzy odmalowuje się spełnienie, radość i wolność. Stoi prosto. Tak jakby powiedział sobie, że zdobędzie Mount Everest, i właśnie to zrobił.

Tak myślę, bo gówno widzę. BARDZO chciałbym być obok niego. Przyciągnąć jego wzrok. Zobaczyć, czy to psychol, jakich mało, czy też kryje się za tym jakiś większy cel.

Rozkłada ręce i skacze. Wybija się z tych cholernych dwóch schodków i skacze. Rozkłada pięknie ręce na boki, a nogi ma złączone. Przypomina to skok do wody profesjonalnego skoczka. Tyle że ten jest w czarnym garniturze. Leci wyraźnie zadowolony.

Nie widzę tego, bo przecież z tej odległości jest dla mnie czarną plamą. Czuję to jednak. Czuję to całym sobą. Mój umysł odbiera w nieznany mi sposób falę radości i spełnienia. Ten sam umysł podpowiada mi fakt, o którym wie każdy. Za chwilę uderzy w ziemię. Mikrosekundy mijają. Nawet nie wiem, czy ktoś widzi to, co ja. Ludzie, obudźcie się! Ten facet za chwilę uderzy w ziemię, zróbcie coś!

Krzyczę, ale tylko wewnątrz siebie. Nic nie robię. Stoję i patrzę jak zaczarowany. Wiem, co się wydarzy.
To nie zmienia faktu, że chcę to zobaczyć. Chcę wiedzieć, co będzie dalej.
Chcę wiedzieć, jak to jest. Jak to wygląda? Co innego amerykański film, a co innego rzeczywistość.
Już wiem, skąd biorą się gapie. Oni też chcą to zobaczyć.

Tuż przed ziemią składa ręce jak do skoku na główkę. Przymykam oczy. Nie jestem gotowy. Czekam na dźwięk. Dźwięk uderzenia (czy będę słyszał z tej odległości?), dźwięk karetki, krzyk ludzi. Cokolwiek, ale wiem, że coś usłyszę.

Nie ma nic.

Słyszę tylko przejeżdżające samochody. Otwieram oczy. Po drugiej stronie nie ma faceta w czarnym garniturze. Nie widzę też sygnałów świetlnych policji, straży pożarnej czy karetek. Nie widzę też gapiów.

Nic się nie zmieniło. Samochody jadą, jak jechały. Ludzie pędzą jak pędzili. Ja stoję. Już nie denerwuje mnie brak ostrości. To, co widzę, jest tym, co widziałem już wcześniej.
Nie rozumiem, nie ogarniam. Nie staram się zrozumieć. Jest jak jest.

Po drugiej stronie widzę rozstawioną na chodniku drabinę. Taką drewnianą, obdrapaną i pochlapaną farbą.
Ludzie ją mijają tak, jak mija się rozstawioną pośrodku chodnika drabinę.

KONIEC

lipiec 2014

Dodaj komentarz

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany. Wymagane pola są oznaczone *