Czerwone trampki

22:26, czwartek.
Siedzę przy biurku we własnym mieszkaniu. Słychać dźwięk uderzanych klawiszy klawiatury. To ja piszę. To dziwne zapisywać własne myśli. Nie wiem czy coś to zmieni. Może jak to przeczytam to będzie mi łatwiej. Może zrozumiem. Może zaakceptuję. Może jak uda mi się to przelać na papier to zniknie.
Niewiele czasu mi zostało. Nie chcę bredzić. Muszę być konkretny. Muszę to wyrazić słowami. Nadać sens. Pocę się, szczególnie dłonie. To utrudnia pisanie. Piszę dalej. Chcę opisać to dokładnie. Ja wiem. Chcę, żeby inni w to uwierzyli. Muszą. Nie chce, żeby uczyli się na własnych błędach. Niech nauczą się na moim przykładzie. Niech to ma jakiś sens.
Jeden cholerny dzień, jedno spotkanie a zmienia wszystko.

Czy można było się przygotować? Czy można było tego uniknąć?

Nie miałem nigdy talentu do pisania. Zawsze mnie męczyło pisanie opowiadań w szkole. Wolałem matematykę. Odwieczny jęk zawodu w duszy, gdy trzeba napisać kolejne wypracowanie. Teraz jest inaczej. Słowa same wychodzą z mojej głowy. Przelewam je na papier z łatwością. Pot zalewa mi oczy. Ocieram je co chwila ręką, ale ona też jest spocona. Chce mi się pić, ale nie chcę stracić ani sekundy z pisania. Muszę to przekazać. Ja po prostu muszę to uczynić prawdziwym. To nie może być tylko w mojej głowie. To nie może się skończyć tak jak wiem, że się skończy. Nie. To straszne. Nie chcę. Nie jestem gotowy. Nie chcę tego. To nie możliwe. Jest 2016. Takich rzeczy nie ma.
Odpycham te myśli. Teraz najważniejsze to to zapisać…

Była 7 rano. Stałem na przystanku autobusowym. Dziś po prostu nie odpalił mi samochód. Jak się coś takiego napisze to brzmi tak prosto. W praktyce nie jest. Nie znam się na samochodach, ale próbowałem go naprawić. Podnosiłem maskę i udawałem, że wiem co tam widzę. Dotknąłem jakiś kabel, dokręciłem jakąś nakrętkę – jakby to miało coś zmienić. Nawet znalazłem bezpieczniki i sprawdziłem czy któryś nie jest przepalony. Wszystkie były dobre. Efektem końcowym były brudne ręce, stracony czas i stan rezygnacji. Nie dość że nie naprawiłem, to było trzeba odpuścić sobie wcześniej. Może zdążyłbym na poprzedni autobus.

Czy gdybym pojechał wcześniejszym autobusem, to by mnie to nie spotkało?
Czy gdyby mnie nie spotkało, to byłby to ktoś inny?

Żal mi było czasu, więc z brudnymi rękoma poszedłem na przystanek. Stałem na nim sam. Wszyscy wsiadają w samochody albo jadą do metra z innych miejsc. Dzięki temu zdarza się, iż jestem tutaj sam. Tak było wtedy. Było mi zimno, ale lubię ten stan, gdy rano jestem sam. Zimno mi wtedy nie przeszkadza. Może nawet pomaga. Myśli są wtedy konkretne. Niczym kwiaty bez przybrania.
Pamiętam, iż zastanawiałem się czy taka sytuacja na początku dnia oznacza, że cały będzie już do kitu czy też to tylko nie najlepszy początek wspaniałego dnia. Samochód, ręce w smarze, potencjalne spóźnienie, ale jednak możliwość spędzenia chwili sam w tym ogromnym mieście. Stałem tam i pamiętam, że na drzewie na przeciwko przystanku usiadły dwa gołębie. Zapamiętałem je, bo były białe. Wydawało mi się to nietypowe.
Podjechał autobus. Zapamiętałem numer boczny. To było 766. Pomyślałem wtedy, iż gdyby przestawić jedną cyfrę to byłoby 666.

Czy fakt że to zapamiętałem to znak?

Jechało ze mną kilka osób, nie zapamiętałem kto to był. Czytałem gazetę i słuchałem muzyki. Denerwowały mnie ręce w smarze, ale nic z tym nie mogłem zrobić. Dobrze, że miałem gazetę a nie książkę. Przynajmniej kartek książki nie ubrudziłem. Człowiek jest przyzwyczajony, iż czegoś się trzyma. Ilekroć chciałem się czegoś przytrzymać, przypominałem sobie o brudnych rękach. Powtarzało się to wielokrotnie. Z zewnątrz wyglądało to jakbym miał jakiś spowolniony tik nerwowy. Dobrze, że prawie nikogo nie było w autobusie a Ci co byli nie zwracali na mnie uwagi. Moje myśli zeszły na temat pracy.
Finanse nie są trudne jak człowiek się ich nauczy. Może i brzmi to nudno, ale lubię swoją pracę. Te liczby, tabelki, wyliczenia, programy. To jest konkretne. Jest zadanie, określony koniec, wymierny w czasie. Jak się pomyliłeś to możesz odnaleźć błąd. Jak nie zrobiłeś na czas, to to widać. Pomyślałem o tym jakie zadania mnie dzisiaj czekają.

Czy on tam był ze mną w tym autobusie? Gdy myślę o tym, że o tym myślę już mi się robi niedobrze. Dlaczego miałby by być ze mną w autobusie? Dlaczego wogóle rozpatruję taką możliwość? Czy to oznacza, że zaczynam wierzyć w to co mi powiedział?

Dojechałem autobusem do rotundy. Tu wystarczy, że się przesiądę w tramwaj i już będę w pracy.
Podziemia pod rotundą mają swój niepowtarzalny klimat. Może dlatego, że mało tam jest tak naprawdę ludzi, którzy chcą się tam znaleźć. Każdy gdzieś idzie, tędy tylko przechodzi. Wyjątek stanowią pracownicy sklepów i ochroniarze, ale oni mają w większości miny jakby chcieli stąd wyjść. Tyle jest tam małych sklepów a nikt do nich celowo nie chodzi. Ludzie odwiedzają je przypadkiem, przechodząc. A to ktoś sobie przypomni, że ma klucze do dorobienia albo baterię w zegarku do wymiany. Nikt jednak nie jedzie z drugiego końca miasta specjalnie do sklepu pod rotundą. Ma się wrażenie, iż każdy kto tu wejdzie ma jeden cel – jak najszybciej stąd wyjść.
Może ten klimat bierze się z konstrukcji. Konstruktor nie przewidział, iż ludziom jest potrzebna przestrzeń. Zaprojektował to tak jakby chciał, żeby człowiek średniego wzrostu miał wystarczającą miejsca, żeby głową nie zahaczać o sufit. Zawsze mam wrażenie, iż wystarczyło by zrobić podziemia wyższe o metr a klimat by zmienił się diametralnie.

To właśnie tam go spotkałem. W tym przelocie, w tych nic nie znaczących dla nikogo podziemiach gdzie ludzkie drogi się krzyżują ale nie łączą. Gdzie niektórzy przechodzą tędy po dwa razy dziennie, ale nawet o tym nie pamiętają. Gdzie mijane ludzkie twarze zapominamy tak szybko jak tylko wyjdziemy z podziemi.

Skręcałem z podziemi w kierunku wejść do metra i chyba w najbardziej zatłoczonej części zaczepił mnie ONSkórzana turecka kurtka, śniada cera, trochę niższy ode mnie o nieodgadnionym wyrazie twarzy. Pewnie powinienem pomyśleć uchodźca ale tacy jak on są w tym kraju od kiedy pamiętam.
Przepraszam, czy ma Pan może ogień? – zagaił, miał miły, basowy głos taki jak z reklam telewizyjnych. Myślę teraz, że to zwróciło moją uwagę na niego.
Nie mam, nie palę – udzieliłem standardowej odpowiedzi w tym wypadku.
Czy może Pan mógłby mi pomóc znaleźć drogę na ulicę anielską? – zadał kolejne pytanie. Nie zmienił tonu głosu, nie robił żadnych nerwowych ruchów. Teraz myślę że to dziwne. To jego opanowanie. Tak jakby wiedział, że go nie zignoruję.
W takich momentach mam wrażenie, iż jestem tzw. jeleniem. To pewnie po dużej ilości filmów kryminalnych. Za chwilę ktoś z tyłu powinien mnie uderzyć w głowę i uciec albo kilku panów zrobi sztuczny tłum wokół mnie i wykradnie mój portfel tak, że nawet tego nie zauważę.
Rozejrzałem się delikatnie na tyle ile umiem, ale nie zauważyłem nic podejrzanego.
Mój rozmówca nie spuszczał ze mnie wzroku. Nie miałem pojęcia gdzie jest taka ulica. Zastanawiałem się czy to nie pułapka, żebym wyjął telefon i zaczął sprawdzać. Chwila moment i nie będę miał telefonu. Na ratunek przyszły mi moje ręce, całe w smarze.
Przepraszam, nie wiem gdzie jest taka ulica. Może zna Pan chociaż dzielnicę? – odpowiedziałem. Pominąłem fakt, iż nie chcę ubrudzić sobie całych spodni sięgając po telefon. Zauważyłem, iż ma nie pasujące do całego stroju czerwone trampki, takie młodzieżowe. Taki sprzedawca kebabów w czerwonych trampach.
No nic, zapytam kogoś innego. Dziękuję Panu za chęci. Taki uczynek się liczy np. gdyby to był ostatni dzień pańskiego życia, mogło by to być na wagę złota – odpowiedział. Nie zmienił przy tym mimiki twarzy, nie uśmiechnął się, nie zrobił żadnego gestu. Stał dokładnie tak jak zaczął ze mną rozmowę. Po czasie myślę, że robił to nienaturalnie. Wtedy jednak po prostu nie byłem w stanie odczytać czy to żart czy mówił na poważnie. Nie wyczułem czy to oznacza, że rzeczywiście mi dziękuję za rozmowę czy kpi z faktu, że nie wiem gdzie jest ta ulica.
Zaskoczył mnie tym tekstem. Chciałem coś odpowiedzieć, o coś zapytać i wtedy usłyszałem za sobą znajomy głos.
Rysiek? – obróciłem się i zobaczyłem znajomą twarz Janka z pracy. Czasami go spotykam w drodze i jedziemy razem.
Pomyślałem, że jeszcze nie skończyłem rozmowy z sprzedawcą kebabów. Gdy obróciłem się od Janka w jego kierunku nie zobaczyłem już nikogo. Po prostu go nie było. Poszedł dalej. Wtedy nie wydawało mi się niczym szczególnym, teraz myślę iż to dziwne. Musiałby strasznie szybko się poruszać. Obróciłem głowę tylko na moment. Rozejrzałem się, ludzie przechodzili obok mnie tak jak przechodzi się obok stojących w przejściu do metra. Nic nadzwyczajnego.

Ruszyliśmy z Jankiem do pracy. Po wymianie zdawkowych kurtuazyjnych pytań co słychać i jak dzisiaj dzień mija zapadła cisza. On patrzył w okno ja udawałem, że obserwuję korytarz.
Myślałem o tym porannym spotkaniu. Co to było? Po prostu przypadkowe poranne spotkanie z tekstem na koniec idealnym do podzielenia się ze znajomymi przy wieczornym piwie? Nie do końca potrafiłem zaszufladkować to spotkanie. Zostawiłem więc je w spokoju.

Nie wiem skąd ta myśl tuż po przerwie obiadowej. Postanowiłem sprawdzić gdzie jest ulica anielska. Nie znalazłem takiej w Warszawie. Sprawdziłem natychmiast czy portfel ma nadal wszystkie karty…wszystko było na miejscu. Dziwne, może źle usłyszałem nazwę ulicy? Może to on ją źle podał? Zatopiłem się z powrotem w tabelkach i liczbach.

Pamiętam jak pod koniec dnia pracy pomyślałem, zabawmy się w dobry uczynek. Dawno nie robiłem czegoś takiego ze świadomością, iż chcę zrobić coś dobrego. Zapragnąłem to zrobić, jak dziecko. Różne warianty rozpatrywałem z udziałem ludzi w pracy. Niestety we wszystkich scenariuszach lądowałem jako pośmiewisko albo główny temat plotek w kuchni gdy mnie tam nie ma. Skończyło się, iż wychodząc z pracy ochroniarzowi z uśmiechem życzyłem miłego dnia. Spojrzał dość dziwnie, ale odwzajemnił życzenia. Byłem z siebie zadowolony, ale pozostał pewien niedosyt. Taka ulotna myśl, iż gdyby to był ostatni dzień to by nie wystarczyło.

Temat został zamknięty. Po prostu przestałem sobie zawracać głowę takimi głupotami. Zjadłem obiad, pooglądałem telewizję, wykonałem telefon do mamy. U nich wszystko w porządku. Pamiętam, to było jak ostatni głęboki wdech człowieka nieobarczonego głazem. Potem podszedłem do okna i spojrzałem na parking. Tak po prostu, jak czasami człowiek zachowuje się w domu. Zobaczyłem tam jego. Szedł powolnym krokiem, oddalając się od mojego domu. Nie widziałem jego twarzy ale tych trampek i kurtki jestem pewien. Świat stanął do góry nogami. Próbowałem się uspokoić. Wytłumaczyć to sobie. To przecież nie mógł być on. Nawet zbiegłem na dół niczym pies,który byłby w stanie wyczuć jego zapach na chodniku. Nic oczywiście nie poczułem oprócz standardowego zapachu z kierunku śmietnika. Wróciłem do mieszkania. Pamiętam, iż próbowałem to sobie racjonalnie wytłumaczyć. Nie widziałem jego twarzy. To może nie on. Nawet jeśli to był on to nadal nic nie oznacza. Takich rzeczy nie ma. Zdarzają się tylko w horrorach a po filmie można się uśmiać oglądając w internecie jak robili taki film.

Tak bardzo chciałbym mieć pilota, który by to teraz wyłączył.

Czym bardziej próbowałem to zracjonalizować tym bardziej wierzyłem, iż to jednak coś znaczy. Te wszystkie rzeczy, które mnie spotkały nie były przypadkowe. To jak drogowskazy przy drodze. Normalnie ich nie zauważamy, mijając szybko na ścieżce czasu.
Ten zapis mam nadzieję, iż będzie przeczytany tylko przeze mnie a potem zniszczony albo pozostawiony jako fajna pamiątka, żeby się pośmiać za jakiś czas. Gdyby jednak stało się inaczej, niech będzie przestrogą dla innych.

Jest 23:32. Mam dosyć. Dalej nie będę pisał. Drukuję tekst na drukarce i zostawiam. Nawet go nie chcę przeczytać. Muszę wyjść. Nie mogę już. Jestem cały mokry jakbym ukończył mecz piłkarski. Po prostu wstaję zamykam dom i wychodzę. Nawet nie zamknąłem komputera. Muszę oddychać. Zapisanie tego tekstu uświadomiło mi dwie opcje. Jestem chory i to jest w mojej głowie, jutro będzie trzeba poszukać specjalisty i o tym porozmawiać. Dostanę proszki. Będzie dobrze. Przynajmniej przez chwilę. Po prostu dostałem paranoi.
Druga opcja to taka, że zostało mi może kilka chwil w życiu. To się dzieje naprawdę. Z nieznanych przyczyn zostałem wybrany.
Jestem spanikowany. Już wiem, że tylko opcja numer 2 jest przeze mnie rozpatrywana. Nie wiem czy wariat czuje że jest wariatem. Ja mam w sobie oba uczucia naraz. Jestem nim a jednocześnie potrafię przez chwilę spojrzeć na siebie z boku. Boje się. Nie chcę umierać. Nieeee. Co to za myśli?
Nie chcę tak myśleć. Uspokój się. Nic się nie wydarzyło. Po prostu spotkałeś człowieka który szukał ulicy w Warszawie. Nieistniejącej. Akurat o nazwie Anielska. Bosko.
Zanim się zorientowałem, byłem pod kościołem. Taki stary z czerwonej cegły. Strzeliste wieże wskazują w zachmurzone niebo. Zawsze go lubiłem, ale tylko z zewnątrz. Od kiedy dorosłem raczej omijam wchodzenie do środka. To takie nie konkretne. Mam w coś uwierzyć. Równie dobrze mogę nie wierzyć i też będzie dobrze. Po prostu inna opcja.
Teraz dałbym wiele żeby móc wejść do środka. Chciałbym się pomodlić. Dokładnie wiem jak to trzeba zrobić. Czuję to. Jest mi potrzebne do tego jego wnętrze. Zimno i spokój wiekowych murów.
Kościół jest zamknięty. Szarpanie za zamknięte drzwi nic nie daje. To naturalne o tej porze. Dotykam murów, są zimne. Wcale nie dają ukojenia. Jest ciemno, cicho i słychać tylko wiatr. Nie jest już zachęcająco. Odchodzę.
Czy mogę tego uniknąć? Żeby czegoś uniknąć to znaczy że muszę w coś uwierzyć że się zdarzy. Nie chcę tych myśli, znowu się pocę. Czoło mam ciepłe.
Spokojnie, po prostu bierze Cię jakaś choroba – mówię do siebie w myślach. Nie zorientowałem się że rozmyślając, cały czas idę. Na niektórych ulicach jest jasno, w niektórych ciemno. Mijam ludzi, otwarte i zamknięte sklepy. Nie za wiele zapamiętuję. Idę. Mam wrażenie jakby coś się zbliżało, jakby czas który mi pozostał kurczył się. Czuję coraz większy ucisk w piersi. Wiem, że to stres wywołany myślami. Nie mogę ich zatrzymać. Zaczynam zastanawiać jak to mogło by się stać. Pewnie usłyszę pisk opon a potem będzie po wszystkim. A może przechodząc przez most poślizgnę się i wpadnę do Wisły.
Muszę się wziąć w garść, wiem. Na wszelki wypadek nie idę w kierunku Wisły i bardzo ostrożnie zachowuję się przy przechodząc przez ulicę. Spoglądam na komórkę. Jest za 23:50.
Jeśli do 00:00 nic się nie wydarzy to znaczy, że to jest tylko w mojej głowie. Nacisk w klatce piersiowej rośnie. Czuję się jakbym niósł jakiś ciężar, który z każdym krokiem przybiera na wadze. Tak jakby to miało być najdłuższe 10 minut mojego życia. Trzymam się jednak mojego założenia. Mijam kolejną bramę, z niej dochodzą dźwięki rytmicznej muzyki i widać jakieś grupki ludzi palących papierosy. Skręcam wiedziony instynktem. Boję się, iż o dwunastej w nocy na ulicy sam się proszę o koniec. W lokalu panuje półmrok. Po lewej jest bar gdzie kilkanaście osób próbuje dopchnąć się do barmana. W dalszej części widać parkiet. Przechodzę tam. DJ gra rytmiczny house. Nie ma za wiele osób na parkiecie. Mój wzrok przyciąga dziewczyna tańcząca sama niedaleko od DJ-a. Jest niesamowita w tańcu. Porusza się jakby muzyka przez nią przepływała. Jest tak zatracona w tańcu, że nie na wiele zwraca uwagi. Patrzę zafascynowany. Porusza się zmysłowo i mam wrażenie jakby mnie przyciągała. Muzyka mnie powoli wciąga. To piękny widok i doznanie na sam koniec. Ta myśl mnie budzi. Patrzę na zegarek. Jest 5 minut po 12. A jednak. Czuję jak w tym momencie kamień spada mi z pleców. Dałem radę. To tylko moja głowa. Życie trwa dalej. Już wiem co za chwilę będę robił. Pójdę do baru, napiję się a potem będę tańczył z nią przez całą noc. Życie składa z się tego co można dotknąć i przeżyć. To już wiem. Zamierzam to wykorzystać. Czuję rozpierającą energię. Zanim jednak wezmę życie za rogi,  muszę się wysikać. Idę do ubikacji, która jest w piwnicy. Schodzę schodami i wchodzę do męskiej części. Jest tu znacznie jaśniej niż na górze. Mocna żarówka rozświetla wszystko. Przelotnie zerkam na lustro. Jestem zmęczony ale i uśmiechnięty. W końcu wszystko dobre co się dobrze kończy. Puszczam sam do siebie oko i otwieram drzwi do męskiej kabiny. W tym samym momencie czuję, iż coś wbija mi się w bok a potem wychodzi. Ból jest okropny. Sięgam ręką do boku i czuję coś lepkiego. Nie zdążam się obrócić. Przewracam się niczym kukła po drodze uderzając głową o umywalkę. Leżę na posadce męskiej ubikacji. Dostałem nożem, już wiem. Śmierdzi. Widzę jak przez mgłę. Ktoś stoi obok mnie. Nic nie mówi, nie rusza się. Próbuję się poruszyć, zawołać o pomoc ale udaje mi się tylko trochę drgnąć nogą a z gardła wydobywa się charkot. Ostatnie co widzę to czerwone trampki oddalające się ode mnie. Takie trampki, które już widziałem dziś dwa razy. Nawet nie jestem zdziwiony.

Piątek, 8:20
Jestem zmęczona. Nie lubię spać w tramwaju, dlatego mobilizuje się, żeby nie zamknąć oczu. Dobrze, że dziś piątek. Wyjdę wcześniej z pracy. Wczoraj było naprawdę fajnie. Czułam muzykę, nie było za dużo ludzi i było tak jak lubię. Dawno się tam nie wczułam. Szkoda tylko, że tak się skończyło. Czas zabawy prysł jak znaleźli tego kolesia. To dziwne wrażenie. Widziałam go jak mi się przyglądał na parkiecie. Nawet był niczego sobie. Kilka chwil potem nie żył. Okropne. Nigdy więcej tam nie pójdę. Zawsze myślałam, że tam jest bezpiecznie. Nie wyglądał na kryminalistę. Taka straszna śmierć. Zginąć w ubikacji. Odpycham od siebie te ponure myśli.
Wysiadam na przystanku pod rotundą. Dziś jest słonecznie ciepło, tak w sam raz.  W luźnej niebieskiej sukience i sportowych butach czuję się świetnie. Dziś nie chcę przyciągać męskich spojrzeń. Przechodzę do wejść do metra.
Przepraszam, czy ma Pan może ogień? – zagaił, miał miły głos taki basowy jak z reklam telewizyjnych. Myślę teraz, że to zwróciło to moją uwagę na niego. Długie blond włosy, biała koszulka i krótkie niebieskie spodenki. Brakowało tylko klapek do obrazu klasycznego kolesia z wakacji, miał jednak na sobie czerwone trampki… .

Koniec
Sierpień 2016