Autobus 444

Jadę. Stoję i trzymam rękę na poręczy. Jest w sam raz. Co prawda to stary ikarus i gdyby było cieplej, nie byłoby idealnie. Ale nie jest, a ja lubię stare autobusy. Mają swój klimat. Ten dźwięk silnika, ten długi drążek zmiany biegów.

Jedziemy. My jedziemy. Ja i moi współpasażerowie. Każdy chce gdzieś dotrzeć. Ja też.

Przystanek. Drzwi otwarte. Drzwi zamknięte. Znów jedziemy. Czas mija.

On siedzi tuż obok okna. Ma białą podkoszulkę z napisem „jestem najlepszy”. Napis jest czerwony. Klapki japonki i krótkie bojówkowe spodnie. Kilkudniowy zarost, bujne włosy i czapka z daszkiem. Mój wzrok padł na niego z powodu zapachu. Czosnek, a dokładnie kiełbasa z czosnkiem. Ma ją w ręku i regularnie podgryza. Nie przejmuje się innymi. Ma minę, jakby jadł za stołem w kuchni u siebie w domu.

Ona siedzi za nim. Ma około czterdziestki, a może trzydziestki, bo ciężko określić, gdy ktoś wygląda tak jak ona. Wypisz wymaluj – urzędniczka Urzędu Obsługi Mieszkańców. Jej jedynym sposobem znalezienia męża jest ciemna dyskoteka, gdzie twarzy nie widać. Udaje, że nie czuje i nie widzi. Patrzy za okno.

Tuż przed nim chłopaczek ze słuchawkami, wyłączony kompletnie. Słucha jakiegoś house’u na tyle głośno, że aż mam ochotę potupać do rytmu nogą.

Kolejny kęs kiełbasy. Jak nie gryzie, to wtedy zapach czosnku jest intensywniejszy.

– Chcesz trochę? – pyta, obracając głowę w moją stronę.
– Nie, dziękuję – instynktownie odpowiadam .
Czerwienię się. Urzędniczka patrzy na mnie, a kolega ze słuchawkami wyjął jedną z ucha. Inni też patrzą na mnie. Facet z dwoma wiosłami do kajaka stojący na kole. Mama z dwuletnim dzieckiem, które ewidentnie chce wyskoczyć przez okno, ale to na szczęście się nie otwiera.

Wiem, że za chwilę wrócą do swoich zajęć. Teraz jednak jestem w centrum uwagi. Nie lubię tego. Czekam, aż to minie.
– No to jak nie chcesz, to co tak stoisz, jakbyś chciał? – pyta mnie dalej facet w podkoszulce. Odgryza kolejny kęs, a ja widzę, że nie ma on żadnego przyjaciela dentysty.

Oni patrzą. Ja jestem czerwony, a teraz do tego spocony. Zawsze się denerwuję, kiedy na mnie patrzą. Jak się denerwuję, to się pocę. Już nie jest idealnie w moim ikarusie.

Nie wiem, co odpowiedzieć. Pytanie jest dość chamskie i nie wiem, co z nim zrobić.
Wszyscy, łącznie z facetem z wiosłami, oczekują jakiegoś rozwiązania.

To wszystko w dzisiejszym odcinku – mam ochotę krzyknąć. – Zapraszamy jutro o tej samej porze.

Facet z kiełbasą patrzy.
Kobieta z dzieckiem patrzy.
Facet z wiosłami patrzy.
Chłopaczek od house’u nie patrzy, ale słucha.

Idę sobie gdzieś indziej. Nie jest łatwo, ale krok za krokiem i jestem na kole. Spocony i chyba nadal czerwony.

Oni wszyscy nadal patrzą na mnie. Królestwo oddam za czar odwrócenia uwagi. Rzuciłbym czar, a oni wszyscy przestaliby się mną interesować.

Najgorszy jest ten z kiełbasą – patrzy na mnie i je, kęs za kęsem.
Długo nie wytrzymam. Koniec. Nie dam rady. Podchodzę do niego. Wszyscy patrzą.

– Przepraszam, ale czy pan ma coś do mnie?

Patrzę na niego. Staram się być miły, nieagresywny.

Autobus się zatrzymuje. Przystanek jak każdy inny. Tylko że ten jest przy zoo. Wsiada dwóch panów, już trochę pod wpływem alkoholu.

Ten autobus jest jak zoo. My wszyscy jesteśmy zwierzętami. Za chwilę ktoś przez uchylone okno da nam banana, a my będziemy się uśmiechać do zebranych na zewnątrz turystów.

Z potoku myśli wyrywa mnie odpowiedź kiełbasianego gościa:

– Nie, ale gdybyś się chciał poczęstować, powiedz.

No to mnie załatwił. Nie dość, że patrzą, to teraz się jeszcze podśmiewają.
Mamusia, koleś z wiosłami, urzędniczka i dwóch podpitych.
Już chcę wysiąść. Jeszcze tylko kilka przystanków i będę na miejscu. Nie dam się. Nie dam się wyrzucić przez kolesia z kiełbasą.

Nagle dzieje się to, co może wydarzyć się tylko w Polsce.
Dwóch podpitych kolesi wyjmuje legitymacje i zaczyna sprawdzać bilety. Większość ludzi jest w szoku i podejrzliwie – podobnie jak ja – patrzy na ich upoważnienia.

Ja mam bilet. Kiełbasiany nie ma. Oni próbują wydobyć od niego jakieś dane do spisania. Od słowa do słowa i „jestem najlepszy” już stoi. Okazuje się, że jest dość wysoki. Wystarczająco wysoki, tak wysoki, że naszych dwóch kontrolerów traci pewność siebie.

Teraz to ja obserwuję. Koleś ze słuchawkami słucha. Mama z dzieckiem już wysiadła. Urzędniczka też patrzy.

Czekamy na rozwój sytuacji.

Nagle do akcji włącza się facet z wiosłami.

– Zostawcie go – mówi, popychając wiosłem jednego z kontrolerów, który instynktownie odtrąca je od siebie.

Nie mam najlepszego refleksu. Po tym, co się wydarzyło, wiem to już na pewno.

Akurat jest przystanek. Akurat chciałem przesunąć się na drugą stronę autobusu. Akurat jestem w takim miejscu, że dostaję wiosłem.

Zanim się orientuję, już jest za późno. Tracę równowagę i wypadam przez otwarte drzwi. Lecąc, próbuję złapać się jakiejś poręczy. Efekt? Uderzam plecami o płytę chodnikową.

Boli. Dopiero, jak się wywrócimy, czujemy, ile ważymy.
Na przystanku jest tylko jedna osoba. Patrzy na mnie dokładnie tak, jak się patrzy na człowieka wypadającego z autobusu.

On podchodzi i pomaga mi wstać, jego mina jednak wskazuje, że ma mnie za jakiegoś menela.

W tym czasie drzwi autobusu się zamykają. Odjeżdża. Zabiera ze sobą zdziwione twarze faceta z wiosłami, kontrolerów, urzędniczki.

Ostatnie, co widzę w jego oddalających się oknach, to kiełbasiany przegryzający kiełbasę. On jedzie dalej, ja nie.

KONIEC
sierpień 2014

Jeden komentarz do “Autobus 444”

Dodaj komentarz

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany. Wymagane pola są oznaczone *