To jeden z tych dni, w których czujesz się jak kula bilardowa. Miałeś za zadanie lecieć prosto do uzy. W połowie dnia okazuje się, że coś poszło nie tak. Uderzenie nie było idealne. Możesz mieć pretensję do uderzającego, ale to nic nie zmieni. Owszem, toczysz się ale nie w tym kierunku w którym powinieneś. Nie opuszcza Cię przeświadczenie, że zboczyłeś z toru. Co więcej wiesz, że za chwilę uderzysz w bandę i będzie boleć. Nic jednak z tym nie możesz zrobić.
Tak było dziś. Na początku wydawało się, że to poranek jak każdy w środku tygodnia. Ciężka pobudka w styczniową noc, choĆ zegarek pokazywał, że to już był poranek. Rutynowe czynności a wśród nich pojawiły się pierwsze symptomy. Kubek z herbatą o mało nie wyślizgnął mi się z ręki a potem nie mogłem znaleźć czapki wychodząc do pracy. W efekcie spóźniłem się na autobus.
Na ulicach było szaro a leżący roztopiony śnieg, już tylko z nazwy przypominał przypominał biały puch. Błoto było wszędzie i jak większość mieszkańców miasta chciałem, żeby to się zmieniło. Nie ma znaczenia czy w śnieg czy w wiosnę, ale żeby przejście kawałka drogi chodnikiem nie powodowało zamiany twoich spodni w moro. Do pracy jednak trzeba iść a życzenia nie spełniają się tak łatwo. Obserwowałem z okien autobusu mijanych ludzi, samochody i budynki.
Jak jadę autobusem w taką pogodę to nic mi się już nie chce i wiem, że tak będzie cały dzień. Tak było i tym razem.
Zacinający deszcz ze śniegiem padający jednostajnym tempem, rozchlapywane błoto przez koła autobusu nie wróżyło odmiany pogody ani nastroju. To niemiłe uczucie gdy wiesz od rana, że pogoda nie wpłynie na Ciebie pozytywnie.
Starałem się nie poddać temu uczuciu. Szukałem czegoś co było zalążkiem zmiany nastawienia do tego dnia. Dosiadła się do mnie dziewczyna. W sumie to pewnie bardziej powinienem użyć sformułowania kobieta. Ładna, o blond włosach wystających z pod wełnianej czapki, takiej jaką babcia robi na drutach. Do tego była w dżinsach i wysokich butach na obcasie. Nie lubię takich butów, ale poczułem do niej sympatię. Może to przez ten kontrast pomiędzy elementami ubioru. Nie jestem typem zagadującym w autobusie do osób, ale pomyślałem, że jak się może uśmiechnę do niej a ona odpowie to ten dzień będzie inny. Niestety nie dane mi było się przekonać. Nie oderwała wzroku od telefonu i facebooka, pomimo moich prób ściągnięcia jej wzrokiem. Wprawnym ruchem kciuka przesuwała szybko kolejne niekończące się strony. Może powinienem zwrócić jej uwagę, że one się nie kończą. Mistrzostwem było to, iż nawet jak ją przeprosiłem, żeby przejść bo wysiadałem to wstała i na mnie nawet nie spojrzała. Jej wzrok był cały czas utkwiony w telefonie.
Czar prysł. To było by na tyle prób zrobienia dnia pozytywnym. Puściłem się brzegu i zacząłem płynąć z prądem dnia, szarego i dołującego z każdą godziną.
W pracy coraz bardziej czułem narastający niepokój. Nie potrafiłem tego wyjaśnić. Tak jakbym na coś czekał. Jakbym coś przeoczył. Ludzie mnie denerwowali.
Myślę, że ludzi wyczuwają podświadomie nastrój. Nie chcą się nim zarazić, więc Cię unikają. Wybrańcy potrafią podejść do człowieka i porozmawiać. Zapytać naprawdę jak się czuje a nie How are you.
Nie dane mi było spotkać takiego człowieka dzisiaj.
Co się odwlecze to nie uciecze jak mówi stare przysłowie. Skoro nie rozlałem herbaty w domu, to zrobiłem to w pracy. Po za tym było normalnie – szaro, nijako, rutynowo. Cieszyłem się, że już koniec dnia pracy. Nie dlatego, że reszta dnia to czas wolny, tylko już mniej do tego, żeby ten dzień się skończył.
Wracając do domu pomyślałem, że coraz więcej takich dni. Takich w których chciałbym, żeby się już skończyły. To pewnie taka pora roku.
Zanim się zorientowałem zacząłem o niej myśleć. Rozstałem się z nią nie tak dawno. To ja jestem ten zły. Nie umiałem oszukiwać. Poczułem, że nic z tego nie będzie. Pewnie powinienem walczyć. Pewnie powinienem dać nam czas. Ja jednak czułem pustkę, obojętność. Po prostu bałem się, że to się przerodzi w rutynę. Może się po prostu się do tego nie nadaję. Teraz większość znajomych patrzy na mnie trochę krzywo. Nie czuję jednak żebym zrobił coś złego, no może oprócz tego, że było trzeba patrzeć tak żeby widzieć wcześniej – włączyć myślenie.
Pewnie dlatego, iż rozmyślałem o niej z pewną nostalgią, wzrok mój przyciągnął automat na zdjęcia. Nie wiem czy stał w tych podziemiach wcześniej i nie zwróciłem na niego uwagi czy też był tu nowy. Biało-czerwony z charakterystyczną granatową materiałową grubą zasłonką. Skojarzył mi się z dzieciństwem i tymi amerykańskimi filmami gdzie zakochane pary robią sobie głupie zdjęcia. My sobie nie robiliśmy takich zdjęć.
Przypomniałem sobie, że mam zrobić zdjęcia do dokumentów w pracy. Po co zatem będę chodził po fotografach, skoro mogę zrobić zdjęcie tutaj za 5 zł – pamiętam, że tak wtedy pomyślałem. Podszedłem do automatu i uchyliłem delikatnie zasłonę. W środku nie było nikogo. Zdjąłem kurtkę i plecak. Rozsiadłem się wygodnie. Ku memu zdziwieniu wobec tego co się dzisiaj działo, miałem 5 zł w monecie.
Czyżby ten dzień miał już wyglądać inaczej?
Po wrzuceniu pieniążka, maszyna dziwnie zaszumiała i o dziwo nie spaliła się, nie połknęła pieniędzy, po prostu po chwili trzy razy błysnął flesz a następnie z dołu maszyny wypadły moje zdjęcia. Wyjąłem go, żeby obejrzeć zdjęcia. Cóż, ja w całej okazałości na 4 egzemplarzach. Ze zdjęć spoglądał na mnie przeciętny mężczyzna z pewnym zaciekawieniem patrzący w obiektyw. Reszta twarzy wyrażała takie zobojętnienie, że mógłbym zostać mianowany typową twarzą styczniowego polskiego chłopaka. Do pracy były w sam raz. Tam i tak na nic nikt nie patrzy. Pewnie gdybym dał im zdjęcie nago, to zorientowaliby się po miesiącu. Chciałem już schować zdjęcia, gdy zobaczyłem napis na ich odwrocie. Pamiętam, że czytałem go i nie za bardzo mogłem zrozumieć co czytam.
„Pomyśl życzenie a dziś się spełni. Na koniec powiedz na głos „życzenie” a 7 razy dziś stanie się to co chcesz”.
Przeczytałem kilka razy, schowałem do portfela, przedtem próbowałem zrobić zdjęcie swoim telefonem. Zrezygnowałem po 2 razach, bo nieostre wychodziło. Żadnej magii, po prostu mam kiepski aparat.
No niezła historia – pomyślałem i już w lepszym humorze opuściłem automat w podziemiu. Pewnie to jakiś darmowy dodatek do zdjęć, coś w rodzaju wróżby w chińskich ciastkach. To trafiłem nawet nieźle, konkretnie. Będzie co opowiadać przy piwie. Mogłem trafić na „Twoim mężem będzie Paweł” albo „Fortuna leży w zasięgu ręki, wystarczy że sięgniesz”.
Przerwałem opowiadanie i spojrzałem na niego. Do tej pory mówiłem patrząc w szklankę, jakby w niej mógłbym odnaleźć natchnienie. Akurat dziś potrzebowałem czegoś mocniejszego, więc nie było to piwo. Historia jaką z nim postanowiłem się podzielić, nie przypominała tych fajnych żartów, które planowałem opowiedzieć znajomym jeszcze jakiś czas temu. Patrzyłem teraz na niego, jakbym chciał zapamiętać jego reakcję zanim to usłyszy. Muszę to wszystko komuś opowiedzieć. Wybrałem jego, bo ciężko mi było pomyśleć o kimś innym, kto by mnie wysłuchał. Jak to miał w zwyczaju, słuchał mnie z uwagą i się nie odzywał. Za to go ceniłem. Napiłem się łyka, czując jak alkohol mnie rozgrzewa.
Zastanawiałeś kiedyś dlaczego coś komuś się dzieje a nie na przykład komuś innemu? Czy to jest plan, którego po prostu nie widzisz czy to jest chaos gdzie tylko wariat może doszukiwać się połączeń? – Wiedział, że rzucam te pytania w przestrzeń, nawet nie drgnął. Kontynuowałem moją opowieść dalej.
Wyszedłem z podziemi ze zdjęciami w portfelu i poszedłem w kierunku domu. Zerwał się zimy wiatr, brnąłem przez pośniegowe błoto i pomyślałem, że wiele bym dał, żeby znaleźć się teraz w lato na mazurach, nad jeziorem, blisko pomostu…i po prostu rozmarzyłem się. Widziałem to miejsce oczami wyobraźni. Nagle wpadł mi do głowy pomysł. Ta myśl, która pojawia się czasami w sercu i nie możesz wytrzymać i robisz coś co sobie wymyśliłeś, choćby nie wiem jak głupie to było. Wytłumaczę tobie to na przykładzie: Mam tak czasami, że idę i widzę ławkę i mam straszną potrzebę wskoczenia na nią jak dziecko – dwoma nogami. Jest to bardzo silne uczucie, ale zawsze pojawiają się dorosłe „mądre” przemyślenia – a co inni na to powiedzą? Butami na ławkę? Po co robić coś takiego? To jest rozstaj dróg. Od tej decyzji wiele zależy – jaki będziesz w przyszłości, jak spojrzysz na przeszłość – trochę próba dorosłości.
Tylko raz nie wskoczyłem. Owszem inni nic nie powiedzieli i odczułem komfort bo przecież cała walka rozegrała się w mojej głowie, ale ja poczułem brutalnie, że dorastam, a może raczej starzeję się. Trochę jakbym zmienił kolor samego siebie na szary. To nie było miłe uczucie.
Od tej pory zawsze wskakuje na ławki – uśmiechnąłem się do niego przy tym i poczułem, że dawno tego nie robiłem.
Idąc tym tropem, jak się domyślasz, powiedziałem na głos „życzenie”. Nie chciałem sprawdzić czy działa a sprawdzić samego siebie czy umiem nadal wskoczyć na ławkę. Usłyszeć to słowo na głos mówione przez samego siebie i dodać jeszcze jedną małą cegiełkę do mojego wariactwa. Powiedzieć i się głupio uśmiechnąć. Najlepiej, żeby jeszcze ktoś mnie zobaczył jak to mówię. Stworzyć dzieło sztuki z tego dnia i tego momentu – błota, pogody, nastroju, temperatury i głośnego mówienia do samego siebie.
Teraz powiem ci tą część w której wiem jak powinieneś zareagować, gdyby to był amerykański film. Wiem też jak ta historia powinna się skończyć, jeśli to byłby amerykański film.
Nic nie powiedział, ale zobaczyłem w jego oczach iż zaczyna się bać, że usłyszy to czego można tu się spodziewać.
Po chwili kontynuowałem opowieść, wiedząc że za następnym zdaniem nie ma odwrotu.
Nie zdążyłem nic z robić, nawet się uśmiechnąć ironicznie. Zanim dźwięk wypowiedzianego przez mnie słowa „życzenie” na środku ulicy wybrzmiał do końca, byłem na jeziorem. Tak jak szedłem ulicą przez breję tak w następnej mikro sekundzie byłem gdzieś indziej. Tak po prostu. Żadnych tunelów, portali, teleportów, odczuć, emocji. Byłem na ulicy a za chwilę byłem tam.
Było ciepło, na niebieskim niebie świeciło piękne duże słońce. Delikatny letni wiatr powodował lekkie fale i dawał idealną dawkę orzeźwienia. Widziałem leżący na pomoście ręcznik. Poznałem go, że to mój. Zarejestrowałem, iż jestem w samych kąpielówkach. Stałem i się nie ruszałem się. Zamykałem oczy, liczyłem do trzech i otwierałem ponownie. Nic. Nadal byłem nad jeziorem stojąc na piasku w samych kąpielówkach. Rozejrzałem się, ale nikogo za mną nie było. Nie zobaczyłem też czegoś co by świadczyło jak się tu znalazłem. Żadnego portalu, wypalonej ziemi…nic. Pomyślałem, że ktoś mógł mnie zobaczyć jak się tu znalazłem, ale byłem kompletnie sam. Stałem tak i bałem się poruszyć. Pomyślałem, że może coś mi się stało i jak się poruszę to ten sen się skończy a obudzę się w szpitalu.
Zacząłem napawać się widokiem. On był dokładnie tym o czym przed chwilą sobie marzyłem brnąc przez szare ulice styczniowego warszawskiego wieczoru. Drewniany pomost, ułożony w literę U, charakterystyczny dźwięk wody uderzającej o drewno, ciemno niebieska tafla jeziora, trzciny i szuwary po bokach. W oddali było widać pojedyncze zabudowania na brzegu, ale większość jezioro otaczał las. To było jak sen.
Kiedyś muszę się poruszyć – pomyślałem. Nawet jeśli obudzę w szpitalnym łóżku nie mogłem tak stać bez końca. Postanowiłem spróbować to potraktować jakby nic się nie stało. Skoro to sen, to może mogę tym sterować. Najpierw wymyśliłem żeby sprawdzić jaka jest woda, taki pretekst żeby sprawdzić czy mogę się tu poruszać. Poszło całkiem normalnie, czułem ciepłą trawę, gdy zbliżałem się do pomostu. Po prostu było tak jakbym tam był. Pamiętam, że cały czas nie mogłem w to uwierzyć. Położyłem się na drewnianym pomoście i dotknąłem ręką wody. Jej temperatura była dokładnie taka, jaką możesz sobie wymarzyć przed włożeniem ręki do jeziora. Tak trzymałem rękę w jeziorze i się bawiłem. Tak myślałem, że jeśli to jest sen albo jakieś halucynacje to strasznie realne i przyjemne. Wstałem i już wiedziałem że chcę popływać. Przyszło mi do głowy, że w różnych filmach bohater wskakując do wody przenosi się do innych światów. Ten moment zetknięcia z taflą wody, a potem lądujesz w innej rzeczywistości. Jak nie chciałem opuszczać tego miejsca. Położyłem się więc na pomoście z ręką w wodzie i patrzyłem na rzadkie, białe chmury przebiegające przez nieboskłon. Myślałem o tym wszystkim co mnie w życiu spotkało. Trochę jakbym wiedział, że jednak za chwilę obudzę się w szpitalnym łóżku. Wtedy pomyślałem, że może ja nie żyję? Może moje ciało już dawno nie funkcjonuje a podłączony do szpitalnych maszyn mój mózg jeszcze generuje fale. Zdenerwowała mnie ta myśl. Jeśli tak jest to za chwilę ktoś wyłączy obraz i przestawienie się skończy a ja nawet się nie wykąpię. Nie czekając, wstałem rozbiegłem się i wskoczyłem z brzegu pomostu na główkę. Wyszło idealnie, trochę się spiąłem przed uderzeniem w wodę, ale to nie przeszkodziło. Po prostu wskoczyłem do wody i zacząłem płynąć, coraz dalej i dalej. To było dokładnie to co kocham najbardziej. Ogarnął mnie spokój, nigdzie nie muszę iść ani robić, mogę pływać ile chcę. Nie wiem ile pływałem, ale po prostu do momentu aż mi się nie znudziło. Wyszedłem z wody i położyłem się na ręczniku. Leżałem tak rozkoszując się słońcem, delikatnym zmęczeniem i dotykiem drewnianego pomostu, szumem wody delikatnie obijającej pomost, śpiewem ptaków, chmurami na niebie. Mógłbym tak w nieskończoność. Poczułem głód. Zacząłem zastanawiać się na tym. W sumie gdybym nie żył czy też był w śpiączce nie odczuwałbym głodu. Nie było więc źle.
Znowu ta wariacka myśl. Skoro mogę dużo, to czemu nie wziąć więcej?
Pomyślałem o drewnianym stole, wygodnej kanapie postawionej właśnie tutaj. Do tego na stole powinny znaleźć się krewetki, tak – pomyślałem – takie z ciemnym ciepłym pieczywem podawane z czosnkiem i dużą ilością sosu. Życzenie – powiedziałem.
Po chwili tym razem już bez zastanowienia, siedząc na kanapie zajadałem z drewnianego stołu najlepsze krewetki świata.
Zapomniałem o piwie na koniec, ale jakoś żal mi było dodatkowego życzenia.
Zacząłem analizować to co się dzieje. Zaczęła we mnie kiełkować myśl. A może to jest naprawdę? Może to nie jest żaden sen ani halucynacja?
Jest tylko jeden sposób żeby się przekonać. Jeszcze raz udałem się na pomost i usiadłem. Chciałem zatrzymać ten moment jak najdłużej. Nie pamiętam ile siedziałem, bo przecież nic oprócz kąpielówek nie miałem a nie byłem na tyle mądry żeby pomyśleć przy życzeniu – krewetki i telefon, na przykład.
– No i co ty na to? – przerwałem opowiadanie, dolewając jednocześnie nam obu do szklanek.
– Myślę, że chce poznać całość, ale niezależnie jak to dalej się potoczy – opowiedział z tym swoim charakterystycznym uśmiechem – masz stary lot jak nie wiem co.
Znamy się nie od dziś i wiedziałem, że ma rację. Jeśli spojrzeć na to z zewnątrz to to jest niesamowita przygoda. Ja jednak nie mogę na to spojrzeć z zewnątrz. Kontynuowałem dalej opowieść.
Doszedłem do wniosku, iż jedynym sposobem na sprawdzenie czy to się dzieje naprawdę, jest powrót. Pomyślałem, że znów chcę się znaleźć tam skąd ruszyłem.
Życzenie – powiedziałem. Trochę dziwne wrażenie na skórze, ale po za tym po chwili jestem na środku chodnika, ubrany tak jak byłem ubrany. Nic się nie zmieniło. Znów żadnego portalu, zdziwionych ludzi. Ręcznika też już nie mam w ręku. Mazury zaczynają być szybko odległym marzeniem. Zimny wiatr w twarz przypominał mi o tym, że czas ruszyć do domu. Aż kusi, żeby tam się po prostu znaleźć, przecież wystarczy powiedzieć słowo. W tym momencie uwierzyłem, że to prawda. Zrozumiałem też jaką władzę mam w ręku. Mogłem zmienić wszystko co chcę.
Idąc rozmyślałem, co zrobić z resztą życzeń. Jeśli tak to działa, to trzeba sobie zadać pytanie skąd to się bierze. Czy żebym coś dostał, coś innego musi się wydarzyć?
Jeśli jadłem krewetki i była tam kanapa i stół, to oznacza że zostały przeniesione?
Czy ktoś w innej części świata właśnie miał siadać na kanapie, gdy ona zniknęła?
Doszedłem do domu, otworzyłem piwo i zacząłem się zastanawiać nad konsekwencjami wyboru kolejnych życzeń. Jeśli na przykład wybiorę brak chorób to czy nie zaburzę równowagi i po jakimś czasie będzie za dużo ludzi na ziemi?
Jeśli powiem brak wojen to konflikty znajdą sobie jeszcze gorsze nieznane ujście a nie będzie to miało nazwy wojna?
Jak będę chciał dużo pieniędzy to czy to oznacza, że nie będzie ich ktoś miał, kto je posiadał?
Ciężko i coraz ciężej było. Nie wiedziałem co zrobić z 4 pozostałymi życzeniami.
Stwierdziłem, że czas spróbować. Nie chcę żeby żadne z życzeń wypowiedzianych wcześniej ani po tym, miało negatywne konsekwencje dla ludzi – pomyślałem a potem powiedziałem na głos „życzenie”. Nic się nie wydarzyło. Nie byłem na tyle mądry, żeby poprosić o jakiś sposób na potwierdzenie. Ta mądra myśl przyszła jednak za późno.
Myślałem dalej i myślałem.
Spojrzałem na niego i widziałem, że jest ciekawy dalszej części, niezależnie czy ma zamiar na koniec powiedzieć mi, że jedziemy do szpitala czy też wierzy, że to mogło się wydarzyć. Zabrnąłem już daleko, nie miałem zamiaru niczego ukrywać.
Po przemyśleniu nie chcę zmieniać świata. Myślę, że to by było nie fair. Nie ma układów idealnych a ten byłby zbyt idealny. Któraś z idealistycznych ingerencji z zewnątrz jak np. niech ludzie się nie zabijają a w zamian za to kochają, brzmi pięknie, ale skąd mogę wiedzieć jakie będą konsekwencje?
Lepsze wrogiem dobrego, dobrymi chęciami piekło brukowane – dużo mi przychodzi do głowy tego rodzaju powiedzeń. Po prostu boję się zmiany, która może ma mieć nieznane konsekwencje. Nie wezmę tego na siebie.
Trzymam się nadziei, że ludzie kiedyś pójdą po rozum do głowy i przestaną niszczyć naszą wspólną planetę, spojrzą na świat nie tylko z perspektywy własnego ja. Nie chcę do tego wikłać „życzenia”.
Biorąc pod uwagę to wszystko może to powinno dotyczyć tylko mnie. Pomyślałem o niej. Może by tak zacząć od początku. Może to powinno być moim życzeniem, żeby Nam się udało albo żebyśmy umieli to naprawić.
Jednak szybko odrzuciłem ten pomysł, nie umiałbym żyć ze świadomością, że dostałem to jak prezent. Tak jakbym to kupił sobie w sklepie na okazyjnej promocji zwierzątko. To nie było by to.
Tym razem on polał, wypiliśmy jednym haustem a ja zaczynałem czuć skutek działania alkoholu. Odwagi miałem coraz więcej. Miałem nadzieję, że do końca.
Mam też dosyć władzy. Podziwiam ludzi, który są w stanie z tym żyć. Powiem Ci że te kilka godzin dnia dzisiejszego nie są łatwe. Świadomość, że mogę wszystko. Po tym pierwszym okresie zachwytu, zacząłem się tego bać. Spaliło by mnie to w dłuższym okresie czasu. Chyba trzeba urodzić się do tego z talentem. Na początku myślałem że ten termin do końca dnia to strasznie krótko. Teraz (spojrzałem na zegarek, 23:23 – co za dziwny czas) myślę że to aż nadto.
Wierzysz mi? – zapytałem po chwili milczenia. Miałem świadomość, że to pytanie i potencjalna odpowiedź może zdecydować o wielu rzeczach.
Znamy się tyle, że wierzę Ci bo Ty w to wierzysz – odpowiedział bez chwili zastanowienia – nie ma to znaczenia czy to wynik działania narkotyków dosypanych w pracy do jedzenia przez kolegów żartownisiów czy to było na prawdę. Pewnych rzeczy nie udowodnisz, one po prostu są i Ty o tym wiesz.
Czułem że odzyskałem grunt pod nogami, miał rację.
Jednak miałem pomysł jak to zweryfikować, jak stanąć na zewnątrz.
Mój przyjaciel pozna prawdziwą miłość, będzie miał dużo pieniędzy zarobionych w uczciwy sposób, będzie żył długo i szczęśliwie i nic nie będzie wiedział, że dostał to z życzenia. „życzenie” – powiedziałem na głos, resztę pomyślałem.
Czego teraz sobie życzyłeś? – zapytał zaskoczony.
Niestety nie mogę powiedzieć, ale mamy problem z głowy. Limit wyczerpany – odpowiedziałem uśmiechnięty, bo naprawdę czułem się jakby spadł mi kamień z serca. Życie będzie toczyć się dalej a ja pewnego dnia będę mógł się przekonać czy „życzenia” się spełniają.
Popatrzył na mnie, uśmiechnął się – mam nadzieję, że jednak kiedyś mi opowiesz. A tym czasem skoro jest okazja, napijmy się.
Gdzieś we mroku mej duszy jest przeświadczenie, że to może być jak u Łukajenki w Patrolu Zmroku – każdy dobra ingerencja w rzeczywistość, dla równowagi oznacza również gdzieś złą ingerencję. Obym się mylił.
KONIEC
Luty 2017