– Wiesz, muszę ci coś powiedzieć – trochę bełkotliwym tonem powiedziane, ale jednak wskazujące na zbliżającą się szczerość, charakterystyczną po wypiciu kilku piw. – Widziałem anioła.
Przyglądam się kolesiowi przez chwilę. Wielu widziałem przy barze. Byli przestępcy, ci zdradzani i ci, co zdradzają, kurwy, nieświadome kurwy, nieuświadomieni i świadomi geje. Krótko mówiąc, nie jest łatwo mnie zaskoczyć, a właściwie zaintrygować. Za długo stoję za barem.
Swoją drogą – to niesprawiedliwe. Ksiądz dostaje chałupę, pensję, a tylko w niedzielę trochę popracuje. A ja? Rola ta sama, a pieniądze mniejsze. Spowiednik, pocieszyciel, psycholog, a do tego msza w każdy dzień weekendu. A jak lato, to już od czwartku się zaczyna na dobre.
Ten wygląda nijako. Każdego można jakoś określić – wysoki, chudy, gruby, z kasą, gbur, dresiarz. Tutaj nie za bardzo coś pasuje. Taki, co go mijasz na ulicy i w pamięć nie zapadnie. Pewnie w jakiejś dużej firmie pracuje i zajmuje się finansami. Zostawmy mu „Nijaki”. Może nie byłby dumny z tej ksywy, jednak najbardziej do niego pasuje.
No więc Nijaki mnie zaintrygował. Religijny zboczeniec albo wariat. Tego nie miałem jeszcze w barze. Takiej klasycznej moherowej babci.
– Anioła? – pytam z prawdziwym zainteresowaniem.
Wypija pozostałe w szklance piwo na dwa łyki i patrzy na mnie czujnie. Nie muszę udawać. Jestem zainteresowany.
– Przy dworcu. Jebany rozwinął skrzydła. Dla mnie, rozumiesz? – mówi, a potem milczy przez chwilę. Ja nic nie mówię. Wiem z doświadczenia, że słuchać trzeba umieć. Nie poganiać. Wszystko ci człowiek opowie.
Jakie to straszne. Ludzie nie mają już przyjaciół. Kiedyś wystarczyło się umówić z przyjacielem i pogadać w barze. Teraz to na fejsie fotkę wrzucisz, co tam akurat robisz, ktoś skomentuje i „przyjacielska” relacja ogarnięta. Taki mądry jestem, to może pamiętnik kiedyś napiszę: „Wspomnienia barmana”.
– Wiesz, ja nie z tych co do kościoła chodzą – kontynuuje, a ja znów uśmiecham się do siebie w duchu, że ludzi znam. – W dupie mam ten cały kościół i te chciwe, zapijaczone klechy. Kiedyś byłem ministrantem. Wierzyłem, że ON tam jest, a potem zobaczyłem piękne ogrody w zakrystii i księdza, który gonił nas, żebyśmy owoców nie zrywali. Do dziś pamiętam ten widok. Soczyste owoce, gorące od słońca, czekające na zerwanie. A za murem szarość budynków, ludzi, życia i straszny brak tych cholernych owoców. Wtedy to się skończyło. Tak mi się przynajmniej zdawało…
Milczy chwilę, a ja sugestywnie wskazuję na szklankę. Kiwa głową na znak, a ja nie chcę go popędzać. Co prawda ten kawałek jest dość nudny, bo słyszałem go przy barze wiele razy, ale liczę, że dowiem się więcej o tym aniele.
– Teraz to sobie myślę, że to może znak. To się nie skończyło. Może ON chce mi coś przekazać. W dupie mam ten przekaz – prycha. – Co to, kurwa, jest. Dlaczego ja? Nie mógł sobie kogoś innego znaleźć? Wiesz, wcale nie czuję, żeby to mnie jakoś uskrzydliło. Nic nie czuję. Teraz to mam tylko mętlik. Po kiego to było?
– Opowiesz mi coś więcej o tym aniele? – pytam, stawiając przed nim dopiero co nalane piwo.
– Wiesz, ja nie wiem, czy go widziałem. Może to była halucynacja? Może ja go chciałem zobaczyć? Może dorobiłem skrzydła, bo wydawało mi się, że uratował mi życie?
Zamyśla się chwilę, a ja w tym czasie poleruję od niechcenia szklankę. To takie filmowe. Wszyscy barmani to robią na filmach. Ja też. Jak widzą to w filmach, to potem oczekują tego ode mnie.
– Miał ogromne, najpiękniejsze skrzydła na świecie – kontynuuje po chwili przerwy, a jego twarz się zmienia. Z Nijakiego rodzi się człowiek opowiadający o czymś przepięknym, przepełniony ekstazą. – Każda część tych skrzydeł żyła własnym życiem i poruszała się w innym kierunku. To nie przypominało klasycznych ptasich piór, było raczej jak setki wstążek.
Milknie, a potem ten wyraz twarzy znika. Znów mam Nijakiego przed sobą. To wszystko. Nic więcej. Poza tym jest ubrany jak każdy inny człowiek.
– To może, bracie, pomyliło ci się. To huzar był – dodaję do tego szelmowski uśmiech. Taki, co oznacza: „Wierzę, ale nie będziemy chyba tutaj płakać, rozweselmy atmosferę”.
Patrzy na mnie trochę jak na idiotę. Już myślę, że się teraz zamknie w sobie, ale on dalej opowiada.
– To przy dworcu było. Tam go zobaczyłem, a potem straciłem przytomność. Przedtem jednak dał mi znak na przejściu przez pasy. Nawet nie wiesz, ile bym dał, żeby móc cofnąć czas i nie zobaczyć tych skrzydeł. Tyle problemów i pytań mniej by było. Pewnie bym tu teraz nie siedział.
– A! Jak to dworzec, to kupa ludzi. Nikt go nie widział oprócz ciebie? – Nie powiem mu tego, ale wygląda na takiego, co i tak by tutaj siedział.
– A co, miałem pójść tam i zapytać? Po drugie, chodzi o Warszawa Stadion. Tam nie ma za dużego ruchu. A po trzecie, straciłem przytomność.
Wypija duży łyk piwa. Ja widzę, że ma już trochę dosyć. Anioł go będzie musiał zabrać do domu. Wstaje chwiejnym krokiem i idzie w stronę ubikacji.
Ja dalej poleruję szklankę. To już druga. Moją uwagę przyciąga pani po prawej stronie. Siedzi, nic nie mówi i tylko wpatruje się w szklankę. Łapiemy kontakt wzrokowy, a jej oczy mówią: „Wiesz, wszyscy faceci to szuje”. Uśmiecham się. To już było, znam ciąg dalszy.
KONIEC
Listopad 2015