Ta krążąca myśl. Która jest godzina? Oczu nie otwierasz, ale zadajesz sobie to pytanie.
Wczoraj było nieźle. Nie poznaję sam siebie. Najpierw kilka szotów w knajpkach na tyłach Foksal. Szeroki uśmiech dla każdego. Z każdym szotem coraz większa miłość do zgromadzonych tam ludzi. Rozdawane na lewo i prawo uśmiechy, zaczepki słowne – w pozytywnym tego słowa znaczeniu. Niezobowiązujące dialogi z barmanami. Kilka śledzi, jedna golonka. Tylko koledzy sportowcy w złotych łańcuchach nie wzbudzali euforii. Potem zapoznana grupa przypadkowych osób i wspólna wyprawa na praską stronę Wisły.
Muzyka, taniec, pozytywna energia. Piękne kobiety dziko poruszające się w rytm muzyki. Czułem się jak piec grzewczy, który ładuje się cały dzień, a w nocy oddaje energię. Potem powrót rozpoczęty niewytłumaczalnym impulsem. Znów dialogi w oczekiwaniu na nocny. Zapoznani ludzie. Wschód słońca w nocnym. Klucze w zamku. Zmęczenie.
Cały czas ta myśl, gdzieś tam powracająca: „To co z tymi skrzydłami?”. Myśl bez odpowiedzi, nieagresywna, niemęcząca. Trochę tak, jakby tylko zaznaczała swoją obecność.
To która może być godzina? Uchylam oczy i macam ręką dookoła w poszukiwaniu telefonu.
Dziesiąta zero zero. Mogło być gorzej. Wstaję i wypijam pół Wisły.
Potem upewniam się, czy światło w lodówce jest jadalne. Odpowiedź ta co zwykle. Ubieram się. Krótkie spodenki i podkoszulek. Przecież jest lato. Dobrze, że albo jestem pijany, albo zaspany.
Nie jest mi zimno, ale temperatura na zewnątrz wyraźnie wskazuje na potrzebę korzystania z prognozy pogody.
W drodze do sklepu zmieniam zdanie. Może jednak zjem w knajpie.
Wybieram drogę małymi uliczkami i już jestem przy głównej drodze ze światłami. Stoję na czerwonym. Znowu stoję na światłach. Po drugiej stronie też ktoś stoi, ale tym razem obserwacja nie wchodzi w rachubę. Chyba jednak jestem skacowany. Czuję ogromną radość z faktu, że oddycham.
Co by było, gdybym jednak poszedł od sklepu? Co by było, gdybym wybrał inną drogę? Co by było, gdybym pospał jeszcze dziesięć minut? Kolejne pytania pozostaną bez odpowiedzi.
Ona stoi na przejściu obok mnie. Rozmawia przez telefon. Ma ładną twarz i starannie wybraną, niedawno zrobioną fryzurę. Sukienka letnia na ramiączka. Sandały i torba na zakupy w ręku. Ten wspaniały obraz burzy jednak nos. Ma orli nos, charakterystycznie zakończony.
Ciekawe, czy jest tego świadoma, czy się go wstydzi? Marzy o operacji czy też akceptuje siebie samą? Tyle by było z nieobserwowania.
To chyba dialog z koleżanką, bo sama niewiele mówi, ale słucha. Mam wrażenie, że duchem jest raczej w rozmowie niż przy przejściu.
Autobus nadjeżdża prawym pasem z lewej strony. Duży, klasyczny, czerwono-żółty. Ma jeszcze dobre pięćdziesiąt metrów, ale jedzie dość szybko.
Ona chyba nagle uznała, że za długo czeka. Patrzy w lewo, potem w prawo (jak można nie zauważyć czerwono-żółtego olbrzyma!?) i śmiało wychodzi na ulicę. Trwa to sekundę.
Wiem, co się za chwilę wydarzy.
Kątem oka widzę kierowcę autobusu. Jego przerażenie. Wiem, że właśnie teraz sięga nogą do hamulca. Jest za blisko. W życiu nie wyhamuje.
Mam to wszystko przed oczami w zwolnionym tempie. Widzę, że ona już chce postawić następny krok na ulicy.
W momencie, kiedy kierowca naciska na hamulec, ja wskakuję na ulicę. W sekundę biorę dziewczynę w pasie i z nią na rękach rzucam się na chodnik. Lecimy razem. To nie jest łatwe lądowanie. Niezbyt je pamiętam, ale rozpędzonego autobusu, mimo hamowania, nie zapomnę.
Ona ma poobcierane nogi, mnie boli ręka i noga. Patrzę na nią.
Ma piękne szare oczy. Duże – ukazują całą duszę. Patrzę w nie.
Cały czas leżymy na chodniku. Słyszę odgłos kroków. Ktoś do nas biegnie, bo są coraz bliżej. Ona patrzy na mnie, potem na ulicę. Widzę tam roztrzaskany telefon. Pewnie wypadł jej z ręki. Jest w szoku, ja też.
– Nic ci nie jest? – pytam. Spogląda na mnie. Podnosi się powoli, ja razem z nią.
Na piszczelach i kolanach ma otarcia do krwi. Musi boleć, ale widzę tylko lekki grymas na jej twarzy.
– Nie, w porządku – odpowiada. Już mam powiedzieć coś w stylu: „Nie powinno się rozmawiać przez telefon, przechodząc przez ulicę” albo „Proszę następnym razem uważać”. Wydaje mi się to jednak nie na miejscu.
Tym, co do nas biegł, okazuje się kierowca autobusu. Pojazd zostawił na światłach awaryjnych kilka metrów dalej. Pyta ją, czy z nią wszystko w porządku, czy ma wezwać pogotowie.
Tłum zaczyna się zbierać. Przechodnie przystają. Z balkonów wyglądają zaciekawieni ludzie. Stwierdzam, że czas się zmyć.
Czego oczekiwałem? Że mi się rzuci na szyję?
Jestem w szoku, że to zrobiłem. Ja kogoś uratowałem? Uratowałem komuś życie?
Odwracam się i odchodzę. W sumie miałem iść na śniadanie. Nie spieszę się. Noga mnie boli i mam wrażenie, że dopiero jutro będę czuł ją naprawdę.
Nagle pojawia się też ból w plecach. Jest tak mocny, że aż przystaję. Idzie wzdłuż łopatek i jest silny. Dech mi zapiera. W następnej sekundzie ustaje jednak kompletnie. Powoli ruszam naprzód. Kierunek: dom. Ze śniadania rezygnuję. Muszę ochłonąć.
Szkoda, że nie jest jak w amerykańskich filmach. Ja odchodzę, a ona biegnie za mną i rzuca mi się na szyję, całując w usta i mówiąc: „Zrobię dla ciebie wszystko, uratowałeś mi życie”.
Jeszcze odwracam się, zanim skręcę. Widzę tylko tłum gapiów wokół miejsca, gdzie byłem. Nadjeżdża karetka na sygnale. Czyli jednak kierowca się uparł.
Skręcam do siebie. Schodzę do sklepu i kupuję kefir oraz bułki. Ręce mi się trzęsą. Ekspedientka dość dziwnie na mnie patrzy. Spoglądam na siebie w szybie wystawowej. Pół twarzy mam brudnej, nie mówiąc już o podkoszulku i spodniach. Płacę i czym prędzej wracam do domu.
Postanawiam wziąć prysznic. Z tego wszystkiego zapomniałem, że powinienem mieć kaca.
Przeglądam się w lustrze, żeby zobaczyć, gdzie mam siniaki. To, co widzę, wprawia mnie w osłupienie.