Biegnę. Wybiegam z podziemia. Utrzymuję formę i tego rodzaju dobiegi traktuję jak mały test. Tramwaj tym razem postanowił dość wolno wtoczyć się na przystanek. To pozwoliło mi nawet zwolnić tempo, bo doskonale wiem, ile jeszcze zostało mi do miejsca, gdzie otworzą się drzwi. Wtedy to się stało.
Niejedna kobieta w życiu zrobiła już na mnie wrażenie. Niejedną w życiu kochałem. Niejedną pożądałem niczym dziki zwierz. Niejednej już współczułem. Niejedną ignorowałem długi czas, gdy chcąc do mnie zagadnąć, czerwieniła się jak burak.
Ona jest poza kategorią, poza konkursem.
Brakuje fanfar albo spektakularnego uderzenia pioruna. Nie zapada ciemność i wiatr się nie zrywa. Nie potrzebuję jednak zewnętrznych oznak. To się dzieje wewnątrz.
Czas zwalnia.
Ja biegnę, ona stoi. Patrzy w moim kierunku, ale chyba nie na mnie. Po prostu czeka na tramwaj. Może podziwia Dworzec Centralny? Tylko co tu podziwiać? Z drugiej strony – ja go lubię. Taki inny jest. A może patrzy, nie patrząc? Zamyśliła się? A może nie jest stąd i pierwszy raz widzi centrum Warszawy? A może odwrotnie – jest stąd i zdziwiła się masą ludzi, jaka tu przyjeżdża?
Przecież to przystanek. Wszystkie opcje są możliwe.
Staram się zwolnić na tyle, żeby nie wyglądało to dziwnie, a jednocześnie żeby zyskać te trzy sekundy. Myśli biegną jak szalone. Zatrzymać się i zagadać? Nie, to nie w moim stylu.
Muszę mieć impuls, jakiś znak, na przykład niech wsiądzie do tego samego tramwaju. Niech się do mnie uśmiechnie. Niech podskoczy i zrobi pajacyka. Cokolwiek.
Jestem już około pół metra od niej. Dolatuje do mnie zapach jej perfum. A może mi się tylko wydaje? Och nie, jak one do niej pasują. Temperatura mojego ciała wyraźnie wzrasta.
Zwalniam. Mam już w głębokim poważaniu tramwaj. Właśnie spotkałem JĄ. Nie taką tam, nie jakąś tam. JĄ. Nie potrzebuję już impulsu.
Już mam się zatrzymać i uśmiechnąć, nie zważając na konsekwencje, kiedy ona wyjmuje telefon, który zaczyna wydawać jakieś dziwne, prymitywne dźwięki.
Zauważyłem, że ma czerwone paznokcie.
Ten kolor jest mocny i nie pasuje do całości. Nie pasuje do jej anielskiego wyrazu twarzy. Nie pasuje do jasnoniebieskiej sukienki. Nie pasuje do sandałów. W ogóle nie pasuje.
Ona odbiera rozmowę. Słyszę jej głos. To jest TEN głos.
– Tak, zdążę – mówi cicho, a jednocześnie trochę pociągająco.
Nie mam za wiele czasu. Za chwilę ją minę i będę musiał się odwrócić. Za chwilę wyjdzie z tego jakiś babol. Już wyglądam idiotycznie, biegnąc w tempie, które wskazuje, że nie o tramwaj mi chodzi. Decyzja. Teraz.
– Przepraszam, czy tym tramwajem dojadę na Pragę?
Wypowiadam to, zatrzymuję się i patrzę na nią. Zdaję sobie sprawę, że to najbardziej głupie pytanie, jakie można zadać pod Centralnym. Każde dziecko wie, że nie ma żadnych torowych skrzyżowań aż do Wisły. Każdy tramwaj dowiezie cię na Pragę.
Jest mniej więcej mojego wzrostu. Ma delikatnie kręcone włosy koloru blond i przepiękne, duże, niebieskie oczy. Nie wygląda jednak jak lalka Barbie. Coś ma innego w oczach, coś w rysach twarzy. Coś w niej jest.
Tylko po co te czerwone paznokcie?
– Tak, każdy tramwaj zabierze pana na drugą stronę Wisły – odpowiada. – A gdzie pan chce dokładnie się dostać? Potem jadą w różnych kierunkach – dodaje, jakby trochę się usprawiedliwiając. Jednocześnie zakłada za ucho opadający kosmyk włosów.
Ja chcę jechać z tobą na koniec świata. Jeśli tam zawiezie nas ten tramwaj, to wsiadam. Wszystko mi jedno. Patrzę w te oczy i bardzo chcę, żeby ona czytała w moich myślach. Bardzo chcę, żeby było jak w tych małych kolorowych książeczkach o miłości.
„Jak się poznaliście?” – zapytają znajomi, a ja ją obejmę i powiem: „Nie uwierzycie – na przystanku”. Ona się uśmiechnie i da mi buzi w usta. W jej oczach będzie widać figlarne ogniki.
– Gdzie ja chcę się dostać? Do Teatru Powszechnego – odpowiadam. – Muszę kupić bilety.
Ona się uśmiecha i mówi:
– To najlepiej siódemką, dwudziestką dwójką i dwudziestką piątką.
Ja patrzę na ten, co podjechał. To dziewiątka. Uff. W życiu tak się nie cieszyłem z faktu, że na przystanku stoi nie ten tramwaj, co trzeba.
Wiem, że mam niewiele czasu. Za chwilę ona pojedzie. Za chwilę będę musiał odejść, jeśli ona czegoś nie powie. Jeśli ja czegoś nie powiem.
– Dziękuję – odpowiadam.
Daję jej szansę. Niech zrobi krok naprzód. Powiedz coś. Nie zostawiaj mnie. Proszę.
– Hej, kolego, a może byś tak zostawił panienkę i oddał nam trochę pieniędzy? – słyszę głos, a jednocześnie z tyłu czuję dotyk czegoś zimnego. Naturalnie nie widzę tego, obawiam się też obrócić. Dwóch dziwnych panów zjawiło się po bokach.
Stoję jak wryty. Jestem przerażony. Patrzę na nią. Ona jest zaskoczona i ma przestraszony wyraz twarzy.
Panowie nie wyglądają na nowicjuszy w tym fachu. Oczy. W ich oczach nie ma dobra. W ich oczach nie ma zrozumienia. Jestem ofiarą, tym do skrojenia. Boję się ich. Jednak jeszcze bardziej boję się o nią. Stoi tam, gdzie stała. Panowie patrzą na nią – dokładnie tak, jak każdy prymityw patrzy na ładną dziewczynę. Czuję odór alkoholu.
Powinno mi się zebrać na odwagę. Nic z tego. Strach mnie paraliżuje. Żaden film o superbohaterach nie pomaga. Dotyk czegoś zimnego w plecy skutecznie odbiera mi odwagę na jakiekolwiek działanie. Nawet gdybym coś umiał. Biłem się ostatni raz w podstawówce i do tego przegrałem.
– Mam pieniądze w plecaku. Już wam je oddaję – mówię roztrzęsionym głosem. – Tylko spokojnie.
– No to na co czekasz, chłoptasiu? Zdejmujesz chyżo plecaczek, bo czas goni – mówi ten po lewej, ale jednocześnie od tyłu czuję jeszcze większy nacisk czegoś zimnego i metalowego. Ten po prawej rozgląda się delikatnie wokół. Mają to opracowane. Może nie zostawiają świadków?
Sytuacja wydaje mi się absurdalna. Zginę na przystanku. W taki banalny sposób. Nic już nie zrobię. Nigdzie nie pojadę. Nie zobaczę wschodu słońca. Zaczynam się rozglądać i staram się zapamiętać wszystko, co widzę. To przecież ostatnie chwile na tej ziemi. Jej, jak ja kocham to życie. Nie chcę się z nim rozstać. Dlaczego akurat pod Centralnym?
To się nazywa panika. Staram się. Nie chcę tak myśleć. Wiem, że to głupie. Wiem, że to tylko drobni złodzieje.
Ostatkiem sił opanowuję się, żeby się nie rozpłakać.
Powoli zdejmuję plecak i kładę go na ziemi, kucając. Dokładnie kontroluję ruch ciała. Wtedy to się dzieje.
Widzę w przelocie czerwony kolor. Po chwili dochodzi do mnie, że to czerwone paznokcie.
W tym samym momencie, kiedy zrozumiałem, czuję, że nacisk metalu na moje ciało znika. Słyszę, jak coś lub ktoś przewraca się za mną. Zanim mam szansę spojrzeć co to, choć dochodzi do mnie, że to pewnie ten facet z tyłu, widzę nogę w sandałach uderzającą z obrotu faceta po prawej. Dostaje w twarz, a całość wygląda jak z filmu kung-fu. On też jest zaskoczony i bezwładnie upada niemal na same tory.
Staram się nie zwracać uwagi, ale nie wychodzi. Jak unosiła nogę, wyraźnie widziałem koronkowe majtki.
Patrzę na faceta po lewej. Tym razem widzę coś w jego oczach. To strach. Jest mi z tym dobrze. Widzę, że się spina i jest już przygotowany. Coś nawet ma zamiar powiedzieć. Cios jest szybki i w grdykę. Kolega nie zdąża zareagować. Pada na kolana, rzężąc.
Patrzę na nią. W jej wzroku nie ma emocji. Nie ma też tego błysku. Jest opanowana. Czy tam jest zrezygnowanie?
– Wszystko w porządku? – pyta, patrząc na mnie. Trochę jak lekarz.
Ze mną dobrze. Nie zesikałem się ze strachu. Hura. O mały włos, a powiedziałbym to na głos. Rozglądam się. Ten od grdyki rzęzi. Reszta się nie rusza.
Tłum wokół zaczyna się zbierać. Ludzie komentują. Dla wypełnionych tramwajów z naprzeciwka jesteśmy niezłą atrakcją.
– Tak, kim pani jest? – pytam roztrzęsionym głosem. Dostrzegam na jej twarzy zmarszczki wokół oczu i zmęczenie. Wiem, że tym pytaniem nakreśliłem linię. Nikt jej nie przeskoczy.
Porucznik Anna Posiadło, Komenda Stołeczna Policji – odpowiada. – Polowaliśmy na nich już od kilku dni. Tym razem się udało – wyjaśnia i przy tym uśmiecha się, ale to jest uśmiech zawodowy. Jak u rybaka, który całymi dniami łowi i w końcu wyciągnął całkiem sporą sztukę. Nacieszy wzrok, a potem wraca do łowienia. Przecież jest rybakiem.
Wyciąga ten przedpotopowy telefon i zaczyna rozmowę.
Czerwone paznokcie ze srebrnym telefonem.
Jestem skrępowany. Kobieta mnie właśnie obroniła. To ja powinienem chodzić na polowania. To ja wracam do ogniska z trofeami. Próbuję coś wymyślić. Próbuję coś zrobić. Chcę ją znowu widzieć taką, jaka była przed chwilą. Wiem, że tam jest. Wiem, że to nie była pomyłka.
Robi mi się jej strasznie żal. Jaki ona ma wybór?
Może znaleźć sobie takiego jak ja, co go będzie trzeba cały czas bronić i on będzie miał zawsze kompleks. Nie ma nic gorszego niż nadrabianie kompleksu.
Może też znaleźć takiego przygłupa wielkości szafy na ubrania. Takiego, co jak goście do domu przyjdą, lepiej postawić obok szafy. Będą dwie. On mebel udaje lepiej, niż się z nim rozmawia.
Niebieskie światła i panowie w mundurach pojawiają się nie wiadomo skąd. Ktoś się przedstawia. Ktoś mnie o coś wypytuje. Odpowiadam, ale jakbym nie był tu. Ona gdzieś odchodzi na bok. Trzech kolegów już się obudziło. Co prawda jest karetka, ale wygląda, że tylko na wszelki wypadek. Zakuci w kajdanki wsiadają do policyjnego samochodu. Czuję na sobie ich wzrok. Staram się nie odwzajemniać. Przypominają mi się wszystkie sensacyjne filmy o mafii i zemście.
– Skontaktujemy się z panem, gdybyśmy czegoś potrzebowali. Ten teren jest monitorowany i mamy zeznanie policjantki. To powinno wystarczyć, żeby trochę posiedzieli – słyszę.
Mam na końcu języka: „Ale kiedyś wyjdą”, lecz nie mówię tego na głos. Chcę iść. Nie chcę tego całego tłumu patrzącego na mnie. Nie chcę tych myśli i szeptów.
Ona podchodzi i patrzy na mnie. Ja patrzę na nią. Nie ma już magii. Jest życie.
Nie wiem dlaczego, ale rozumiem już, skąd te niepasujące czerwone paznokcie.
To nie jest dobrany kolor. To jedyny lakier, jaki trzyma w pracy. Zawsze ma to zrobić w domu, tam ma trochę innych barw, ale nigdy jakoś nie zdąża. W domu pada do łóżka i nie pamięta. Potem jest następny dzień.
W dzień wolny jest ciężko. Niby kąpiel i relaks powinny być, ale już nie pamięta, jak to jest nie pracować. Gdy jest w domu, jej umysł wciąż pozostaje w pracy.
To też ma dobre strony. Nie musi spotykać się z koleżankami, co mają już dwójkę dzieci i z prawdziwą troską w oczach pytają: „A co u ciebie?”.
Nie ma czasu na szczegółową przedlustrzaną analizę wpływu czasu na wygląd twarzy.
Pracuje niczym mrówka w ogromnym lesie. Kiedyś wyniesie wszystkie brudy poza las. Przynajmniej je ułoży w równe stosy. Nieważne, że śmieci przybywa. Nie podda się. Będzie nadal wynosić. Taką ma pracę. Wierzy w nią. Dawno już przestała się nad tym zastanawiać. Biegnie po prostu do przodu.
A może jest inaczej? A może chcę zobaczyć, jak jest? A może wcale nie jestem tchórzem? A może to po prostu TO? A może właśnie nie TO i chcę to wiedzieć?
– Pani Anno, będę się streszczał, bo mi odwagi zabraknie – zaczynam. – Czy pójdziemy na kawę? Tak, mógłbym powiedzieć, że chcę ci – zdaję sobie sprawę że przeszedłem na „ty”, ale kontynuuję – podziękować za to, co się dziś wydarzyło, ale to byłaby tylko część prawdy. Ja chcę cię poznać. Wiem, jak jest. Widzę to. Zanim mi odpowiesz, że nie, bo nie umawiasz się w pracy, pragnę powiedzieć, że zwróciłaś moją uwagę już wcześniej, zanim okazało się, jaki masz zawód. – Uśmiecham się.
Patrzy mi w oczy. Widzę przez chwilę tę dziewczynę przed dwudziestu laty. Widzę, jaka była i co faceci chcieli dla niej robić.
– Cenię sobie szczerość. Czasu w życiu szkoda na ściemnianie. O osiemnastej pod rotundą?
Lubię czerwony kolor paznokci.
KONIEC
luty 2015