8. Ona

 

Czuję się lepiej – psychicznie. Postanawiam to sobie wszystko jeszcze raz przeanalizować. Tak na spokojnie. Jest ładnie, w sam raz na spacer.
Uświadamiam sobie, że tu nie tylko chodzi o to, co widziałem, ale też o to, co się wydarzyło. Cokolwiek by nie powiedzieć, facet uratował mi prawdopodobnie życie. Pewnie gdyby nie on, leżałbym w najlepszym wypadku pod kroplówką, zastanawiając się dlaczego ja.

A może to mi się tylko wydawało? Może wcale nie skinął mi głową? Może nie wszedł na pasy, bo widział ten motor, jeszcze zanim go usłyszałem? Może od dziecka boi się motorów i nigdy od razu nie wchodzi na pasy?
Czy to jest jeden wielki zbieg okoliczności? Może tylko mój umysł układa to sobie jako całość, a w tym nie ma żadnych powiązań? Skrzydła? Tylko moja wyobraźnia i stres po wypadku. Potrzeba odnalezienia przyczyny całej tej układanki. A co, jeśli nie ma układanki, a są tylko rozrzucone elementy, które w żaden sposób się nie łączą?

A co z bratem bliźniakiem? Na ile w chaosie życia takie rzeczy mogą się zdarzyć?

Zanim się zorientowałem, pogrążony we własnych myślach znalazłem się na Starym Mieście. Jak człowiek ma problem, to go ciągnie w ulubione miejsca. Lubię starówkę. Nie przyjeżdżam tu, żeby ją zobaczyć, ale po prostu przechadzam się po niej w tygodniu, gdy jest po drodze. Zamiast Miodową – to przez Stare Miasto.

Czy ja mam problem?

On. W białym habicie i czarnym kapturze wychodzi z kościoła.
Impuls? Potrzeba? Ratunek? Nie wiem, co mną kieruje.
– Przepraszam, że przeszkadzam i tak zaczepiam na ulicy. Nie mam tego w zwyczaju – mówię to i od razu czuję, że zaczynam się czerwienić. Udało mi się przynajmniej przyciągnąć jego uwagę, jednak jeszcze nie zacząłem, a już się plączę.
– Dzień dobry, z Bogiem. W czym mogę pomóc? – Uśmiecha się. Widzę, że chciał wyjść coś załatwić, a ja mu przeszkodziłem. Jednak patrzy w oczy i to jego „w czym mogę pomóc” jest szczere.
Wiem, że jak zacznę się zastanawiać, to nigdy tego nie powiem. Nie czekam więc, aż mnie zblokuje. Walę z grubej rury.
– Czy anioły mogą się pokazać człowiekowi i czy… mogą mieć postać nie taką jak na obrazach?
Patrzy na mnie chwilę, oceniając mój stan psychiczny, ale moja twarz wyraża tak głęboki stan oczekiwania na odpowiedź, że chyba ciężko jasno postawić diagnozę od razu.
– Znane są przekazy biblijne, jak również relacje świętych – odpowiada – jednak z całym szacunkiem dla pytania i pańskiej osoby, czy możemy się umówić i porozmawiać później o tym, co pana trapi? Teraz nie za bardzo mam czas. Jestem już umówiony i wszyscy na mnie czekają. Proszę wpaść na kruchtę i umówić się ze mną. Proszę pytać o ojca Jacka.
– Tak, rzeczywiście. To chyba dobry pomysł. Wpadnę potem – mówię tak, choć wiem, że nie wpadnę.
Nie wiem, czego oczekiwałem. Nawet nie mam do niego pretensji. Mam go przekonać, że widziałem faceta ze skrzydłami? Czy gdybym ja był księdzem, to bym sobie uwierzył? Kto kogo ma przekonać, że widziałem anioła i że to prawda? Co za gówno. Dlaczego ja?
– Do widzenia, naprawdę nie zbywam pana – żegna się. – Po prostu teraz nie mogę. Proszę NAPRAWDĘ przyjść.
– Do widzenia, dziękuję – odpowiadam. To „dziękuję” jest z serca. Za okazanie dobrej woli. Ja już siebie skreśliłem jako nieuleczalny przypadek.
Obracam się. Od razu ją poznaję. Takiego nosa się nie zapomina. O księdzu już zapomniałem. Ona stoi i rozmawia ze znajomymi na schodach. Widzę ją z profilu. Teraz wydaje mi się ładniejsza, niż to było na światłach. Jest rozluźniona, nie rozmawia przez telefon i bije od niej spokój.
Jak każdy człowiek, któremu ktoś się namolnie przygląda, obraca się. Zanim się orientuję, jest do mnie przytulona. Nie jak znajomy do znajomego. Jak do brata, którego odnalazło się po latach.
– Znalazłam cię. Tak się martwiłam, że nie będę mogła powiedzieć ci „dziękuję” – mówi, gdy już się oderwała. Zdecydowanie jestem w szoku, nieprzyzwyczajony do takiego wyrażania uczuć. Nie wiem, co powiedzieć. Zaczynam się plątać. Jak zwykle.
– Nie ma za co. Ja w sumie zrobiłem to, co każdy by zrobił na moim miejscu.
– Nieprawda. Muszę ci to jakoś wynagrodzić.
Czułem przed chwilą przez koszulkę dotyk jej piersi. Chyba dawno nie byłem z kobietą, bo jakoś korelacja słów „wynagrodzić” i „piersi” jest pierwszą, jaka przychodzi mi do głowy.
– Chodzisz tutaj do kościoła? – pyta.
– Nie, tak tylko… przechodziłem –  coś tam próbuję wydukać. Co mam jej powiedzieć? Widziałem anioła i z księdzem chciałem pogadać, bo akurat trafiło na takiego, co nie wierzy?
– Omówimy wszystko przy obiedzie. Nawet nie myśl się wywinąć – mówi dalej, jakby nie zauważyła mojego dukania. – Nie mam na myśli żadnego umówienia się, tylko idziemy teraz. Uciekniesz mi. Ja już cię znam. Raz już uciekłeś –  dodaje trochę z przekąsem, ale jej oczy się śmieją.
Jest młodsza i nie wiem, jak to jest, ale ten nos pasuje do niej. Ma piękne, szare, duże oczy. Jest w niej tyle radości. Ona naprawdę jest szczera. Nic nie ukrywa. Nie gra. Widzę, że jest po prostu wdzięczna. Kurczę, podoba mi się. To zestawienie pasuje. To współgra. Widzę ją, jaka jest. Lubię to.
– W sumie to nie powinnam pierwsza, ale ty chyba nieśmiały jesteś. – Wyciąga rękę i dodaje: – Karolina.
– Hubert. Masz jakieś konkretne miejsce na myśli?
Uśmiecha się. Widzę, że naprawdę sprawiłem jej przyjemność.

– Pożegnam się z koleżankami i idziemy. Mam takie jedno miejsce całkiem niedaleko.
Poczekaj chwilę, Hubert.

Czy to układa się w całość, czy też jest zlepkiem przypadkowych elementów – nie ma to teraz znaczenia. Może wszystko miało doprowadzić do tego momentu?

Anioł w barze (epilog)