7. Na kozetce

– Dzień dobry – mówię. Miało być spokojnym tonem, ale ewidentnie słyszę sam, że jestem spięty.
– Dzień dobry, proszę siadać – uśmiecha się i wskazuje ręką na kanapę.
Podążam wzrokiem za jej wskazaniem. Klasyczna skórzana kanapa jak w „Bez tajemnic”, a obok fotel. To pewnie dla niej. Siadam na kanapie i zastanawiam się, czemu dla psychologów nie wymyślono jeszcze kanapowych liczników. Pacjent mógłby to brać jako kryterium wyboru psychologa, a oni mogliby się reklamować: „Tylko u nas w gabinecie kanapa wymieniana co 5000 psycholi! Chcesz być leczony w komfortowych warunkach? Odwiedź nas, a rozsiądziesz się na prawie nieużywanej kanapie!”.
Kanapa jest wygodna mimo nieznanego przebiegu.

Przyglądam się pani doktor. Starałem się ją sobie wcześniej wyobrazić.
W sumie to miałem dwa typy. Pierwszy: gruba, niska, o czarnych włosach, ale niesamowicie ciepłym głosie. Taka, do której chcesz się przytulić jak do mamy. Drugi: szatynka, wysportowana, średniego wzrostu, miała ambicje dostać się do oddziałów terrorystycznych. Nie wyszło, więc została psychologiem.
Tym razem rzeczywistość mnie zaskoczyła (znowu?). Jest mojego wzrostu, ma długie, zadbane, proste blond włosy, niebieskie oczy, a do tego doskonale dopasowany do figury strój. Gdyby nie fakt, że jestem w pokoju policyjnego psychologa, to równie dobrze mógłbym pomyśleć, że to kancelaria prawnicza albo duża korporacja, a ja właśnie przyszedłem podpisać duży kontrakt, który przyniesie obu stronom ogromne zyski. Dlatego za chwilę wyjmę swoje ulubione pióro i podpiszę papiery. Po wymianie kilku koleżeńskich uwag, broń Boże nie na temat tego interesu, udamy się wspólnie na obiad, aby uczcić sukces. Tam będę mógł oczarować ją swym strojem, manierami, swoją wyższością wobec tych, którzy nie mają pieniędzy. Będę mógł ją tam zawieźć sportowym samochodem, a ona wcale nie będzie pod wrażeniem, bo przecież każde z nas może taki samochód mieć.
Potem może pójdziemy do łóżka i ona będzie mnie oplatać tymi swoimi długimi nogami. A nad ranem obydwoje uznamy, że to była fajna przygoda. Żadne z nas nie chce nic więcej od życia, tylko przyjemności. Żadne z nas nie chce związku, bo pieniądze to my mamy, ale emocje po wielu treningach negocjacyjnych potrafimy już tylko udawać.
Obie strony doskonale wiedzą, że ten wieczorny wypad to nadal część kontraktu i…

– Panie Hubercie, napije się pan czegoś? Może kawy albo herbaty? – pyta tym swoim dość przyjemnym głosem, który wybija mnie z mojej wizji. Chyba się dosyć mocno zamyśliłem z tego stresu. Siedzę na kanapie, a ona cały czas stoi obok, tak jak stała.
– Tak, napiłbym się czegoś – uśmiecham się, ale nic nie mówię o wizji pięciolitrowej wódki na stole. Takich nie ma, ale to nie przeszkadza mojej wyobraźni jeszcze ją oszronić.
– Kawę, proszę – odpowiadam – jeśli to nie problem.

Ona podchodzi do stolika, gdzie jest czajnik i rozpuszczalna kawa. Takiej nie lubię, ale wyuczona przez rodziców grzeczność nie pozwala mi o tym powiedzieć. Zresztą chyba się denerwuję. Obserwuję jej ruchy. Znów wraca wizja wspólnego kontraktu.
Ona to czuje, ale pozwala mi na to. Może to element terapii? A może tylko mi się wydaje, że mi pozwala? Może tego nie widzi?
Zaczynam się zastanawiać, czy to ja powinienem zacząć, czy też ona. Jednak zaczekam. Utrzymywanie ciszy nigdy nie sprawiało mi trudności.
Po kilku minutach milczenia kawa jest gotowa na stoliku. Dziwne – ta cisza mi pomogła.

– Czy może mi pani opowiedzieć, jakie mogą być symptomy po traumatycznym wypadku? – zaczynam, ni stąd, ni zowąd, od razu na temat. – Czy halucynacje są dopuszczalne?
– Panie Hubercie, ależ oczywiście – odpowiada. – Czy słyszał pan o terminie psychoza reaktywna?
Wkurwia mnie ten jej „pan”, ale trudno mi sobie wyobrazić, jak z lekarzem miałbym przejść na „ty”, a już w szczególności z taką laską. Z drugiej strony – ona ma na imię Adelajda. To trochę tłumaczy brak kariery w korporacji. Rodzice buraki. Jak mogli jej to zrobić? To tak, jakby na lamborghini mówić polonez.
– Nie za bardzo – mówię z pewnym wahaniem. Nie brzmi dobrze ta nazwa.
– Czy mógłby pan przybliżyć mi ostatnie momenty związane z wypadkiem? Co się wydarzyło i dlaczego tak właściwie szuka pan pomocy u mnie?
Mam moment zawahania, a potem jakbym spłynął z wodospadem. Może bardzo chciałem o tym komuś opowiedzieć.
Opowiadam o rzece krwi obok krawężnika, o facecie ze skrzydłami, o jego bliźniaku, o moich skrzydłach.
Ona słucha, coś tam notuje. Ma minę, jakby takie opowieści były na porządku dziennym. Jakby to był normalny dzień pracy – wysłuchiwanie takich psycholi jak ja. Jak ona to robi? Jak może wrócić do domu i być normalna? Przecież kilka trupów na ulicy to u niej rutyna.

Pije? Nie wygląda.
Bierze? Nie wygląda.
Trafia mnie wizja. Jak piorun. Nie wiem jak, ale ją widzę. To jest damska ubikacja w jakimś klubie. Słychać muzykę w tle. Jakiś house. Toaleta jest zrobiona na jedną z tych ponurych. Ona pochylona nad ubikacją, ubrudzona wymiocinami na twarzy zwraca kolejną porcję. Organizm mówi: nie. Koleżanka jest obok niej i przytrzymuje jej piękne, długie blond włosy. Ona obraca twarz w jej kierunku i mówi zapijaczonym głosem: „Więcej, kurwa, nie piję”.
Znów jestem w gabinecie. W sumie byłem tu cały czas. To był moment. Ona patrzy, ja patrzę. Zdaję sobie sprawę, że zadała pytanie.
– Czy mogę prosić o powtórzenie?
– Tak. Jak często pan pije alkohol i czy zażywa pan narkotyki?

No tak, jesteśmy w domu. Pije, ćpa – to potem facetów ze skrzydłami widzi. Albo więcej pić, albo przestać. Recepta gotowa. Tak to ja mogę sam. Niechęć wzrasta do poziomu, w którym jesteśmy przekonani, że wszyscy lekarze to nieuki. Tak żeby im zrobić na złość. Nie dość, że zakuwają całą młodość, to jeszcze potem okazuje się, że nic nie wiedzą. Gorzej wybrać nie można.
– Pytam o to nie dlatego, że pana o coś podejrzewam, ale muszę mieć obraz sytuacji – gada, jakby czytała moje myśli. – Tego rodzaju przypadki mogą mieć wiele przyczyn. Jeśli pan powie, że pije codziennie, to wcale nie oznacza, że to jest przyczyna halucynacji.
– Nie piję codziennie, gdzie tam – zapewniam ochoczo, powołując się w myślach na jakiś dzień w tamtym tygodniu. – Zdarza mi się, szczególnie często po wypadku, ale normalnie to jak każdy: w weekend lubię wypić.
– A narkotyki?
Patrzę na nią i cały czas mam tę wizję przed oczami. Jej twarz umazana we własnych wymiocinach. Kiedyś uczyli mnie w pracy na szkoleniu: jak boisz się jakiejś osoby i czujesz, że ona jest wysoko w hierarchii, to wyobraź sobie, że siedzi w kiblu.
No to ja sobie wyobrażam.
– No lubię sobie zapalić… czasami, ale nic poważnego – odpowiadam Adelajdzie.
– Panie Hubercie, mogę pana uspokoić. Z tego, co pan opowiada, wszystko pasuje. Tak po prostu jest, jeśli przeżyjemy coś traumatycznego.
Powinno mi się zrobić lżej na sercu. Tak, to jest teraz naukowo poparte. Wszystko w porządku. Pasuję do schematu. Nic mi nie jest.

Tylko dlaczego wcale tak nie czuję? Dlaczego mój instynkt podpowiada mi coś innego, niż ona mówi?

– Wiem, że nie jest łatwo – kontynuuje. – Zobaczył pan coś, czego większość ludzi nie ma okazji i na co nikt nie jest gotowy. Potrzebuje pan czasu, żeby się oswoić.
Słuchając jej, zaczynam się zastanawiać, czy odwołuje się do wypadku, czy może do anioła?
– Jak się pan czuje z tym, co powiedziałam? – pyta, przekładając nogę na nogę. Mam przedziwne wrażenie, że nie był to ruch przypadkowy. Trochę jak Sharon w „Nagim instynkcie”. Wcale nie zrobiła na mnie wrażenia ta scena, ale jednak porównanie samo przychodzi do głowy.

Wiem, że to jest ten moment. Ufam jej. Mogę jej wszystko powiedzieć. Czuję się komfortowo. Tyle już jej powiedziałem. Jest mi lekko. Patrzę w jej oczy. W oczach można zobaczyć wszystko.

Widzę tam jednak to, czego nie powinienem zobaczyć. Zawodową obojętność. Jej twarz się uśmiecha. Jednak nie ma tego, co by mogło mnie uratować. Więzi, chęci pomocy. Relacja zawodowa. Ja nie jestem biznesmenem i nie podpisaliśmy właśnie kontraktu. Jest tak, jakbyśmy trzymali wspólnie kawałek nici i ja nagle bym upuścił swój koniec i nie mógł go znaleźć.
– Czuję się dobrze – odpowiadam.
Staram się sobie uświadomić, że to tylko moje paranoje. Jest psychologiem. Czego się spodziewałem? Że jestem jedynym pacjentem? Pewnie za drzwiami czeka jeszcze kilku i to z tego samego wypadku. Nie działa. Nić nie odnaleziona.

Ona widzi, że nie trafiła. Widzi, że mnie traci. Próbuje jeszcze, ale ja już wiem.
– Proszę to przemyśleć i przyjść do mnie w przyszłym tygodniu. O tej porze co dziś –  zachęca mnie. – Gdyby była jakaś nagła potrzeba, proszę się nie wahać i zadzwonić do mnie.
Podaje mi wizytówkę – podobną do tej, którą już mam, jednak tu jest telefon komórkowy. To mnie trochę zbija z tropu. Po jednej wizycie podaje swój numer na komórkę?
– Nie boi się pani podać mi do siebie telefonu komórkowego? – pytam wprost, patrząc jej w oczy i sprawdzając, czy może się nie pomyliłem.
– A mam się czego bać? – odpowiada pytaniem. Nie obraca przy tym wzroku i patrzy mi w oczy.
Ja też na nią chwilę spoglądam, a potem mówię:

– Dziękuję w takim razie. Będę już szedł.
W momencie, kiedy słyszę to, co mówię, robi mi się wstyd. Co za głupi tekst do psychologa. Robię się czerwony i wychodzę czym prędzej.
– Nie ma za co, proszę przyjść jeszcze do mnie i porozmawiać – żegna się, a ja słyszę to już w drzwiach. Coś ostatnio uciekam z gabinetów lekarskich.

Ona

 

Dodaj komentarz

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany. Wymagane pola są oznaczone *