Wyraźnie widzę w lustrze dwie szramy na wysokości łopatek. Są pionowe. Wyglądają, jakbym się oparzył albo otarł. Staram się dotknąć je ręką. Mogę tylko jedną, bo druga mnie boli. Rany nie są bolesne.
Każdy normalny człowiek znałby od razu przyczynę. Obtarcie, upadek. Pechowe zahaczenie o framugę. Ja chyba nie jestem normalny.
Ja od razu wiem, że to rosną mi skrzydła.
Krew napływa do twarzy. Jest mi słabo. Powtarzam sobie, jak irracjonalna jest ta myśl. Nic to nie daje. Z jednej strony wiem, że takich rzeczy nie ma, z drugiej – widzę to, co widzę.
Jestem nienormalny. Przecież muszę być wariatem, skoro sądzę, że rosną mi skrzydła.
Zaczynam się śmiać i patrzę na siebie w lustrze. To śmiech wariata.
Weź się w garść. Nie ma co panikować. Musi być jakieś wyjaśnienie. Chyba jednak czas zasięgnąć opinii profesjonalisty.
Telefon do opieki medycznej szybko mi uświadamia, o co chodzi z tymi narzekaniami na kolejki. Dobrze, że na przykład nie wyrósł mi ogon, bo zanim bym się dostał do dermatologa, zdążyłby mi odpaść. Najbliższy wolny termin za kilka tygodni. Trzeba będzie poradzić sobie bez niego.
Poczucie humoru mnie nie opuszcza. Chyba nie jest tak źle.
Trzeba by to komuś pokazać. Decyduję się na wizytę u lekarza internisty. Może niech to oceni.
Zaczyna padać. Przychodnia nie jest daleko, ale nie aż tak blisko, żeby iść w deszczu. Biorę odpowiednią kurtkę i wychodzę.
Pada mocniej. Czekam na przystanku. Czekam na przystanku. Czekam na przystanku.
Idę. I tak jestem mokry. Było trzeba wziąć inną kurtkę.
Do doktora nie ma kolejki. Właściwie to do pani doktor. Ciemne włosy, figura już po czterdziestce, ale zadbana. Ma modne okulary i minę lekarki. Takiej, co to się uczyła, gdy ja się starałem bawić. Ja już wiedziałem, że zabawa nie wyszła, ona nadal się uczyła. Ja już pracowałem i zaczynałem bawić się od nowa, ona kończyła naukę.
Teraz ja jestem pacjentem, a ona lekarką. Teraz to ona rządzi, przynajmniej tak jej się wydaje.
Żal mi ich wszystkich: lekarzy, prawników itp. Tyle imprez opuszczonych. Ja co prawda też dużo opuściłem, ale znam takich, co żadnej nie przepuścili. Do dziś.
Nie ujawniam się jednak z moją empatią i opisuję, co mi jest – moje dziwne ślady na plecach. Nie będę się przecież zdradzał, że wiem, co mi jest.
Jestem zakłopotany kałużą, jaka robi się pode mną. Dobrze, że to tylko woda.
Prosi, abym zdjął koszulkę i pokazał rany. Brzuch wciągam, jak mogę, ale i tak skurczybyk wystaje za spodnie. Boli mnie ręka i bark, ale o tym nie wspominam. Co na to internista może poradzić?
– To tutaj? – pyta, dotykając mojej łopatki. Oglądam się przez ramię, próbując obejrzeć swoje plecy. Niewiele widzę, więc gapię się w lustro.
Jak bardzo bym się nie obracał i pod jakim kątem bym nie patrzył – łopatka jak nic. Taka zwykła, ludzka łopatka. Zadrapana, owszem. Z dwóch stron. Przecież wyrżnąłem w chodnik konkretnie – i to plecami. Przypominam sobie wydarzenie sprzed kilku godzin.
– Tak, tutaj – odpowiadam speszony i dodaję: – Wygląda, że to jednak tylko zadrapanie.
Pani doktor zaczyna patrzeć na mnie podejrzliwie.
– Tak? – pyta, a minę ma, jakby chciała powiedzieć: „To narkoman jest”. Bo każdy alkoholik to narkoman.
Chcę stąd jak najszybciej wyjść. Wkładam koszulkę, odsuwam się od niej i mówię na do widzenia:
– Przepraszam, w pierwszej chwili wyglądało to groźnie.
Wychodzę. Ludzie patrzą na mnie w poczekalni podejrzliwie. Jakby wiedzieli. Jakby słyszeli. Nie mogli przecież, ale nie będę się upewniał. Na dodatek ona wychylona z gabinetu mówi:
– Proszę poczekać.
Nie czekam. Właściwie to uciekam, na ile pozwala mi moja boląca noga.
Pada cały czas. To nie jest mocny deszcz, ale wystarczy, żebym po kilku minutach był mokry. Kurtkę mam pod ręką, bo i tak przesiąkła. Nie zdążyłem jeszcze wyschnąć po poprzednim razie, więc mam to w poważaniu.
Pada, a ja idę i myślę. Co tu się dzieje? Słyszę przejeżdżający motor. Przypomina mi się, od czego się zaczęło. Ktoś musi mi pomóc w wyjaśnieniu tego, co się dzieje. Wiem, że jestem bliski PRAWDZIWEGO obłędu. Widzę dziwne rzeczy. Dziwne rzeczy mi się przydarzają.
Każdy chciałby się wyrwać w głębi serca z rutyny życia – ale czy w ten sposób?
Przypominam sobie o adresie mailowym, który dostałem od „brata” człowieka ze skrzydłami. Spróbujmy może w ten sposób. Trzeba też pogadać z kimś od głowy. Kiedyś czytałem, że halucynacje są elementem charakterystycznym dla guza mózgu. Może umieram?
Ha, pójdę do nieba, bo widzę skrzydła.
Ciekawe, czy absurdalność myśli to inny z jego objawów. Szczególnie że chyba musiałbym wygrać bilet na loterii z tym niebem.
W domu się przebieram. Romantyczne bzdety o spacerach w deszczu i uśmiechu na twarzy idą w zapomnienie. Jest mi zimno i nieprzyjemnie. Wskakuję w suche ciuchy, dokładam dodatkową warstwę w postaci swetra. Siadam do maila:
Witam,
kilka dni temu widziałem wyrastające z Twoich pleców skrzydła. Czy możesz potwierdzić, że je masz, bo czuję, że wariuję? Kontakt do Ciebie mam od Twojego brata bliźniaka.
Z góry dziękuję.
Z poważaniem
psychol Hubert
A może tak:
Witam,
jesteśmy tacy sami. Mnie też zaczynają rosnąć skrzydła. Nikt inny ich nie widzi, ale ja je widzę. Wiem, że Ty też je masz. Spotkajmy się porównać, które są dłuższe.
Psychol Hubert o dłuższych skrzydłach.
Po kilku godzinach wysyłam finalnie:
Witam,
nie mieliśmy okazji się poznać, ale ja Pana widziałem w piątek w dość tragicznych okolicznościach. Niedaleko dworca Stadion miał miejsce dość poważny wypadek. Motor wjechał w przechodniów na przejściu. Wydaje mi się, że widziałem Pana w tym czasie nieopodal wejścia na dworzec. Bardzo zależy mi na rozmowie na temat tamtej sytuacji.
Przepraszam, że się narzucam, ale bardzo mi na tym zależy. Poniżej podaję telefon. Proszę do mnie zadzwonić.
Z góry dziękuję za pomoc w tej sprawie.
Hubert Szosa
737 837 623
No dobra, plan wykonany. Jestem zmęczony i obolały. Całą resztę niedzieli oglądam seriale. Jutro muszę iść do pracy. Mam dosyć tego zastanawiania się, o co chodzi.
W trakcie wkładania rzeczy do prania z kieszeni wypada mi wizytówka.