Prawda w oczy kole. Jak ktoś siedzi w biurze całe dnie i marzy o przygodzie, to wcale nie jest na nią bardziej gotowy.
W drodze do miejsca, gdzie go widziałem, zaczynam układać scenariusz działań. Nie idzie mi to. To było przy stacji Warszawa Stadion. Duży i szeroki plac pozbawiony jakichkolwiek charakterystycznych punktów. Co tam zamierzam znaleźć? A jak go tam zobaczę znowu? Czuję, że słabnę. Może mam jakieś uczulenie na facetów ze skrzydłami?
Jestem na miejscu. Nie wiem, czego się spodziewałem. Wejście do hali dworca jak każde inne. Może różnica taka, że dworzec jest po remoncie. Ale za kilka lat będzie tu jak wszędzie.
Kiosk. Pani, która tam sprzedaje, minę ma, jakby sprzedawała w kiosku. Zadowolenie z wykonywanej pracy aż bije z jej twarzy.
– Zapałki poproszę – zagajam. – Nie widziała pani czegoś dziwnego wczoraj?
Chyba nie trafiłem. Patrzy na mnie jak na kosmitę.
– Taa, widziałam. Marsjan. Lądowali tutaj wczoraj – odpowiada, a jej ton nie pozostawia wątpliwości co do wielkości statku kosmicznego. Kusi mnie, żeby zapytać wprost.
– Szukam człowieka. Takie kręcone włosy, koszula. Mogła być rozdarta na plecach –
kontynuuję niezrażony brakiem współpracy.
– Panie, żebym ja miała zapamiętać każdego obdartusa, co u mnie kupuje, to bym chyba musiała zacząć pisać pamiętnik.
Dziękuję za wyczerpujące wyjaśnienie i zaczynam myśleć, jak by tutaj podejść do tematu.
Mam! Kamera. Rozglądam się i widzę, że przynajmniej jedna jest.
No to teraz tylko wyciągnąć nagrania i jestem w domu. Czuję, że jako detektyw bym się sprawdził. Odkrycie miejsca, gdzie znajduje się posterunek Straży Ochrony Kolei, trochę zajmuje.
Jestem mile zaskoczony. Posterunek jest na antresoli. Chyba też załapali się na remont.
Duży pan w kamizelce z napisem „SOK” oświadcza, że kolej do tematu podchodzi poważnie. Gdyby wandale uznawali zasady sumo, pokonałby ich wszystkich. Zastanawiam się, ile on musi wypić, żeby się upić. A jak upadnie, to chyba czekają, aż się sam podniesie. A jak umrze, to gdzie znajdą sanitariuszy, co go wyniosą? Zaczynam szanować ten zawód.
Na jego biurku widzę mały telewizor, a na nim widok z kilku kamer jednocześnie. Czuję, że jestem blisko.
Kłamać nie umiem, ale w tym wypadku powiedzenie prawdy mija się z celem.
– Witam, mam gorącą prośbę – rozpoczynam. – Wczoraj odnalazłem brata po latach. Niestety stare waśnie rodzinne odżyły, on się obraził i odjechał. Najprawdopodobniej korzystał z tego dworca. Czy nie byłoby problemem, gdybyśmy wspólnie przejrzeli zapis kamer z wczoraj? – robię minę aniołka, lecz czuję, że to nie film. Nie przejdzie.
Duży patrzy na mnie. Nawet powieka mu nie drgnie.
– Proszę pana, coś się panu pomyliło – odpowiada. – To nie Ameryka. Żeby przejrzeć zapis z kamer, trzeba mieć nakaz. Ma pan nakaz?
– Nie mam, ale chciałbym odnaleźć brata i niezbyt wiem, jak inaczej mógłbym to zrobić – odpowiadam i nawet nie muszę udawać załamania.
– Powiem panu w tajemnicy, bo sam mam brata, że jak wypije, to też zawsze gdzieś idzie. Kiedyś go znaleźliśmy trzydzieści kilometrów od domu. Poszedł nawalony. Rano nic nie pamiętał – opowiada. – Może i dobrze, że pan nie ma nakazu. My tutaj nic nie nagrywamy. W centrali to mają. Nic tu pan nie zobaczy. A z tym bratem to jeszcze tak było, że…
Nie słucham. Świat zamiera. W lewym dolnym rogu monitora widzę MOJEGO GOŚCIA.
Stoi przy wejściu na dworzec. Wypadam z pokoju jak z procy. Nie wiem nawet, czy zdążyłem powiedzieć „dziękuję”.