– Proszę pana – dochodzi do mnie z oddali. – Proszę pana, słyszy mnie pan?
Słyszę, ale nie chce mi się odpowiadać. Otwieram oczy. Leżę, a nade mną pochyla się dwójka osób w czerwonych kitlach.
– Czy coś pana boli? – pyta jeden z nich. – Zemdlał pan.
Zaczynam się zastanawiać, czy coś mnie boli. Ale nie, wszystko w porządku.
Próbuję się podnieść. Udaje mi się przyjąć pozycję siedzącą. Czuję jednak, że ktoś mi w tym pomógł.
Głowa. Boli. Upadając, musiałem się chyba uderzyć. Próbuję podnieść rękę i sprawdzić, czy nie mam guza. Teraz już wiem, że ręka też mnie boli.
Rozglądając się, zaczynam dostrzegać otaczającą rzeczywistość.
Wszędzie pełno błyskających lamp z karetek i radiowozów. Gapie. Oni są wszędzie. Na ulicy widzę kogoś przykrytego białym materiałem, przypominającym prześcieradło. Zaczynam sobie przypominać szczegóły tego, co się stało.
Niezbyt mam dziś ochotę iść do pracy.
Uświadamiam sobie, że ktoś do mnie mówi. Zaczynam słuchać, ale jest ciężko. Boli głowa.
– Widział pan straszny wypadek – słyszę. – To naturalne, że jest pan w szoku. Oto wizytówka naszego policyjnego psychologa. Gdyby pan chciał się z nim spotkać, proszę zadzwonić. Polecam.
Machinalnie biorę wizytówkę i chowam do kieszeni koszuli. Nadal siedzę na chodniku. Chyba muszę mieć brudne spodnie – myślę. Druga myśl jest taka, że nie ma to teraz żadnego znaczenia.
Wstaję. Kręci mi się w głowie.
Medycy przestali się mną interesować, a pan policjant od wizytówki zapisuje moje dane.
Rozglądam się. Gapie na mnie patrzą. Wśród nich dostrzegam panią w różowym. Ona spogląda na mnie. Postanawiam zejść z widoku gapiów, a w szczególności pani w różowym. Nie chciałbym wpaść w jej ramiona. Nawet nasze połączenie traumatycznym przeżyciem tego nie zmieni.
Niezbyt mam pomysł, gdzie mógłbym pójść, skoro nie do pracy.
Nagle przypominam sobie skrzydła i tego dziwnego kolesia. Serce zaczyna bić mi szybciej, gdy patrzę w miejsce, gdzie wydaje mi się, że to widziałem. Nic tam nie ma. Miejsce jak każde inne.
Procedura spisywania zakończona, mogę już iść. Czuję, że muszę się napić.
WÓDKA. Nie piwo, nie lampka wina ani whisky.
Trochę tego dużo jak na raz. Nie chcę nawet myśleć o tym, co widziałem, ale czy można o czymś takim nie myśleć?
Ten pociąg jedzie sam. Nieustanna analiza, odtwarzanie. Jak zacięta płyta.
Gdzie można się napić o tej porze?
Wykonuję telefon do pracy. Szef nie robi problemu z wolnym. Zresztą chyba nie zapytałem, a oznajmiłem. Ruszam w drogę powrotną. Słyszę znów motocykl. Serce mi zamiera. Nic, po prostu przejechał. Chyba już wiem, że nie lubię motocykli.
Idę, w ogóle nawet nie myślę o autobusie czy tramwaju. Idę przed siebie. Czuję, że jest mi to potrzebne. Zaczynam analizować. Chyba nie jest dobrze, skoro widziałem faceta ze skrzydłami.
Przechodzę Poniatowskim. Jedyne, co rejestruję, to Wisła. Ona płynie. Niezależna, spokojna, niewrażliwa na okoliczności. Zatrzymałem się i patrzę. Nie wiem, czy to trwało krótko, czy długo. Patrzę.
Staram się nie myśleć o tym, co się wydarzyło, ale widok ciała przykrytego materiałem prześladuje mnie. Wiem, że to jeden z tych obrazów, jakie pamięta się przez całe lata, choć nikt nie chce ich sobie przypominać.
Muszę z kimś porozmawiać. Z dziewczyną? Nie mam. Z kolegą?
Już widzę oczami wyobraźni:
– Hej, wiesz, dziś widziałem faceta ze skrzydłami i trupa na ulicy.
– Zajebiście! Masz fotki? Wrzuciłeś już na fejsa?
Rodzice? Boję się, że zawał któregoś z nich byłby blisko. Lepiej ich na razie nie informować. Zresztą już chyba za duży jestem.
Przypominam sobie o wizytówce. Już po chwili okazuje się, że miły kobiecy głos zaprasza mnie na Aleję Solidarności. Pani Małgorzata przyjmie mnie w każdej chwili.
Mam opór przed rozmowami z lekarzami, a tym bardziej tymi od głowy, ale czuję, że to na razie jedyna opcja.
Pomyślałem, że złapię metro w centrum. Czuję się już trochę lepiej. Po drodze mijam kilka sklepów monopolowych. Przed drugim się łamię. Kupuję małpkę. Będzie musiała poczekać, aż wyjdę od psychologa.
Im bliżej, tym mniej jestem przekonany, że to dobry pomysł. Nie wiem: małpka czy psycholog?
Po wyjściu z metra postanawiam dodać sobie odwagi. Dobrze mi się zrobiło. Ludzie mi już nie przeszkadzają. Psycholog w ogóle gdzieś zaginął w odmętach przemyśleń. Idę w zupełnie przeciwnym kierunku.
Zaczynam rozglądać się za dziewczynami, a jako że urodziwy nie jestem, obserwacja to moja specjalność. Uśmiecham się. Udaję, że nic się nie wydarzyło. Nawet nie wiem, kiedy dotarłem w okolice swojego domu. Jestem pijany. Jest mi dobrze. Po drodze odwiedziłem sklep jeszcze raz. Teraz to mnie bolą już tylko nogi od chodzenia. Jestem spocony. To przyjemne – nawalić się, kiedy wszyscy ciężko pracują. Można na chwilę wejść chybotliwym krokiem do knajpy, gdzie podają lunche i siedzi pełno ludzi w garniturach i eleganckich koszulach. Można, chwiejąc się, podejść do baru i zamówić wódkę. Taką zimną. Większość patrzy na ciebie z odrazą. Tak naprawdę jest jednak odwrotnie: to ty na nich tak patrzysz. Kim oni są? Żaden z nich nie wie, że dziś wieczorem może zginąć, przechodząc przez pasy.
Dotarłem do domu. Jakoś. Położyłem się na chwilę na kanapie.
Budzi mnie ogromna potrzeba wypicia całej Wisły. Dotarcie do kranu trochę zajmuje, a widok w lustrze niezbyt dobrze wróży. Znowu boli mnie głowa.
Moje myśli błądzą wokół jednego pytania: „Jak poczuć się lepiej?”.
Cała naprzód ku nowej przygodzie! Czuję, że ta próba mobilizacji zjadła wszystkie moje siły. Mam wrażenie, jakbym zamiast sportowego BMW dostał motorynkę. Z taką prędkością też myślę. Facet ze skrzydłami, przejście, śmierć – co tam się właściwie wydarzyło?
Dobrze, że jest wujek Google. Kilka haseł i już jestem na stronie „Zespół stresu pourazowego i ostre zaburzenia stresowe”.
Wszystko fajnie: to po prostu halucynacja. Tylko że JA TO WIDZIAŁEM. Nie łapię, jak coś, co widziałem, może nie istnieć. ON MIAŁ SKRZYDŁA.
Trochę zaczynam się pocić i pojawia się myśl o poprawieniu sobie samopoczucia. Odrzucam ją, a raczej odkładam na półkę. Potem po nią sięgnę. Może.
Analiza. Załóżmy, że facet miał naprawdę skrzydła. Co to zmienia?
Nie jestem religijny. Tyle mnie było w kościele co na obowiązkowej komunii. Nie łapałem. Anioły pamiętam. Piękne, białe, śpiewające hymny. Na pewno nie miały nijakich koszul i butów.
Obcy? Toby raczej wylądował latającym spodkiem.
Dziwny, nieodkryty gatunek zwierząt? Yeti w Warszawie. Super.
Analiza prowadzi donikąd. Postanawiam zabawić się w detektywa. Jeśli anioł tam był, powinienem odwiedzić miejsce, gdzie go widziałem. Może coś znajdę.