Przechodzenie przez ulicę jest proste. Czerwony ludzik mówi: nie idź. Stoisz, czekasz. Czekasz, aż przyjdzie zielony ludzik. Jak go zobaczysz, to idziesz. Proza życia. Każdy to umie.
Jeśli ci się dłuży oczekiwanie, to możesz zabijać czas obserwowaniem ludzi. Na światłach zawsze ktoś stoi naprzeciwko. A jeśli masz nastrój, to możesz się pobawić.
O czym myślą? Kim są? Kim chcieliby być? Skąd idą? Dokąd? Często tędy przechodzą czy może pierwszy raz? Czy cię widzą?
Naprawdę może być zabawnie. Dziś mam nastrój.
A oto i nasz bohater dzisiejszej obserwacji. Około trzydziestki, niewysoki, ale i nie niski. Dłuższe kręcone włosy, nieogolony od przynajmniej trzech dni. Siłownię widział raczej tylko na ulotkach.
Do tego ma spodnie udające eleganckie i koszulę, która jeszcze kilka lat temu uchodziła za modną. Informatyk, bibliotekarz, a może ochroniarz na nocnym parkingu (odpada, spałby o tej porze) lub urzędnik państwowy?
Jak mawiała moja babcia, buty powiedzą prawdę o człowieku, lecz w tym wypadku nic do obrazu nie dodają, bo są nijakie (kupione na hali?). A może właśnie uzupełniają ten obraz?
Facet pewnie chciałby być kimś innym. Gdybym to ja nim był, tak by było.
Uwielbiam to: tak zjechać kogoś po całości bez żadnych konsekwencji.
Idzie tędy nie pierwszy raz. Jest trochę przygarbiony, nie rozgląda się nerwowo. Zatopiony w myślach. Nagle spogląda prosto na mnie.
Odwracam wzrok, przecież moja obserwacja jest delikatna. Zwykle ludzie orientują się, że ktoś na nich patrzy, choć nie wiedzą kto. Ten jednak wyraźnie widzi, że to ja.
Nie patrzę w jego kierunku, ale czuję, że on nadal się we mnie wpatruje. Wciąż uciekam wzrokiem i udaję, że tego nie widzę.
Orientuję się, że grubsza kobieta po czterdziestce z naprzeciwka, ubrana w różową bluzkę, może błędnie zinterpretować moje spojrzenie. Jak to mówią: z deszczu pod rynnę. Jej piersi są wielkości dwóch arbuzów. Nie jestem fanem tego rozmiaru, takich gabarytów, ale po uśmiechu widzę, że ona chciałaby mnie nimi przygnieść.
Facet cały czas ma wzrok wbity we mnie. Widzę kątem oka, jak delikatnie kręci przecząco głową.
O co chodzi? Zamurowało mnie. To do mnie?
Jest zielony ludzik. Wraca rutyna życia. Każdy wie, co ma robić. Ludzie stawiają pierwsze kroki na jezdnię. Co poniektórzy spojrzeli nawet, czy nic nie jedzie.
Są tylko dwie osoby, które ani drgną. Można nawet powiedzieć, że stoją jak posągi. Niczym samotne kominy w zburzonej cegielni. Ja i mój obiekt obserwacji.
Dlaczego nie poszedłem jak inni? Dlaczego złamałem odwieczny schemat? Dlaczego nie zareagowałem na zielone?
Łamanie zasad to ostatnie, co można by mi przypisać.
Różowa bluzka idzie prosto na mnie. Chyba chce dać mi szansę. Na szczęście dzieli nas jeszcze przynajmniej pół jezdni. Stoję i coraz bardziej uświadamiam sobie, że to trochę głupio wygląda. On stoi tam, a ja stoję tu.
Co to? Romans? Ble. Grymas pojawia się na mojej twarzy na samą myśl.
Czas leci. Ludzie idą. Ci, którzy ruszyli z mojej strony, mają najwyżej metr do krawężnika.
Dalej to już amerykański film.
Najpierw słychać ryk motoru. Charakterystyczny, gdy ktoś przyspiesza. Ludzie się oglądają. I ci na pasach, i ja. Obiekt obserwacji jednak się nie ogląda. Nie widzę tego, ale to czuję.
Motor nagle skręca i przewraca się. Sunie po asfalcie prosto w przechodzących ludzi. Motocyklista toczy się po jezdni w innym kierunku niczym piłka. Słychać hamowanie samochodów. Ludzie na przejściu już widzą. Ktoś próbuje uskoczyć na chodnik, ktoś robi przerażoną minę, większość nie zdąża zrobić nic. Żadnego ruchu, czegokolwiek.
Motor wjeżdża w ludzi na przejściu jak w masło. Kilkusetkilogramowy odważnik zachowuje się jak bila: roztrąca ich na lewo i prawo. Słychać dźwięki przypominające łamanie tyczek. Ktoś strasznie krzyczy. Ktoś leży nieruchomo. Motor zatrzymuje się kilka metrów za przejściem.
Pani w różowym nic się nie stało, ale nie jest już mną zainteresowana. Patrzę, chcę pomóc. TO NIE JEST FILM. Stoję jednak nadal, wryty niczym posąg.
Dźwięk syren już słychać. Ktoś klęka przy ludziach, udziela im pomocy. Ja patrzę, jestem obserwatorem. Zwracam jedzenie, tak jak stoję.
Zielony ludzik zaczyna migać. Zmienia się po chwili w czerwonego. Rutyna otaczającego świata trwa nadal.
Po brzegach ulicy ścieka czerwona substancja. Uświadamiam sobie, że to krew.
Słyszałem o tym i wiem. JESTEM W SZOKU. Szkoda tylko, że nie przeczytałem, co w tym szoku trzeba robić. Mój obiekt obserwacji zniknął – czy też ja nie jestem już nim zainteresowany? Rozglądam się, licząc, że to pozwoli mi obudzić się z tego koszmaru. Mam jednak pełną świadomość, że to nie sen.
Widzę go. Jest oddalony na tyle, że rozpoznaję go po koszuli. A raczej po tym, co z niej zostało.
Z jego pleców wyrastają piękne białe skrzydła.
Są tak ogromne jak on sam i do tego falują nieustannie, wrażliwe na każdy podmuch wiatru. Są piękne, wyglądają niesamowicie. To najpiękniejsze skrzydła na świecie. Nigdy czegoś takiego nie widziałem. Widzę doskonałość.
Widzę skrzydła wyrastające z pleców faceta, którego przed chwilą widziałem na światłach. Następne, co widzę, to ciemność.